Trzeba uczyć etyki, nie tylko lekarzy

Fot. WOŚP
Fot. WOŚP

O medycynie zorientowanej na wynik finansowy, polskiej kardiochirurgii dziecięcej i pracy, która jest rodzajem służby, z prof. Bohdanem Maruszewskim rozmawia Kamil Broszko.

 

Kamil Broszko: Jest takie słynne zdjęcie przedstawiające prof. Religę, który siedzi po zakończonej operacji wśród plątaniny jakichś kabli…

Bohdan Maruszewski: Mówi pan o zdjęciu z „National Geographic” – na stole operacyjnym leży pacjent po przeszczepie serca, obok na stołku siedzi prof. Religa, a w kącie sali śpi (dziś profesor, a wówczas asystent) Roman Cichoń. To bardzo wiele mówiąca fotografia. Wie pan, co jest napisane na grobie prof. Religi? „Kto chce zapalać innych, sam musi płonąć”. To jest drugi przekaz tego zdjęcia. Trzeba mieć w sobie wiarę, bardzo silną wiarę w wartości, które się wyznaje, i nieskończoną wolę dotrwania do końca na placu boju w ich realizowaniu. Taką wartością może być wolność słowa, demokracja, ale także chory – jego zdrowie, dobro, jego prawa. Prof. Religa na zawsze pozostanie dla mnie wzorem człowieka i lekarza, który się nie poddaje i który podejmie każdy wysiłek dla pacjenta. Zatem wspomniane zdjęcie mówi o wartościach. Pokazuje, ile trzeba z siebie wykrzesać, kiedy się walczy o coś, w co się wierzy.

KB: Jednak ten wysiłek wydaje się być trudny do wyobrażenia. Czy powinniśmy go oczekiwać od wszystkich lekarzy, czy jedynie od wybitnej osobowości?

BM: Siła cechuje lidera. Trzeba umieć pociągnąć za sobą ludzi, a ludzie nie wierzą w puste słowa. Ludzie wierzą w dokonania. Jeśli rzeczywiście chce się być liderem i coś w życiu osiągnąć, trzeba polegać na ludziach. Należy przewodzić naprawdę, czyli samemu podjąć wysiłek i osiągnąć sukces.

KB: Wspomniane zdjęcie uzmysławia też skalę postępu technologicznego w medycynie.

BM: Największy postęp technologiczny w medycynie dokonał się w ciągu ostatnich 10 lat. Dzięki niemu ogromnie zwiększyły się możliwości ratowania życia oraz zdrowia. Niedawno nie byliśmy w stanie pomóc niektórym pacjentom, a dziś dla podobnych przypadków istnieją standardowe metody operowania i leczenia. Jeszcze 20 lat temu pewna grupa dzieci z wrodzonymi wadami serca, najbardziej złożonymi, nie miała tych szans, które ma dzisiaj. W leczeniu skrajnej niewydolności serca – która może wynikać z wady serca, zmian wtórnych, zmian zapalnych na przykład w mięśniu sercowym – w ciągu ostatnich 20 lat dokonał się gigantyczny postęp. Mamy sztuczne komory serca, sztuczne serca, komory znajdujące się na zewnątrz człowieka albo komory całkowicie wszczepialne, które pozwalają pacjentowi powrócić do domu i oczekiwać na przeszczep. Tysiące ludzi mogą dziś żyć dzięki rozwojowi technologii medycznej. Z drugiej strony postępują zmiany niekorzystne: odejście od misyjnej służby zdrowia, „ukorporacyjnienie” szpitalnictwa (wprowadzenie modeli zarządzania, zachowań i mentalności typowych dla biznesu), powstawanie bariery emocjonalnej między lekarzem a pacjentem. Dzisiaj wręcz uczy się lekarzy, że nie powinni angażować się emocjonalnie w proces leczenia. Mówi się o zarządzaniu stresem, o zarządzaniu ryzykiem, natomiast coraz mniej o poczuciu ludzkiej odpowiedzialności i misji. A jeśli już, to wyłącznie w aspekcie prawnym. Medycyna się odczłowiecza. Ale ja mam 64 lata i być może taki osąd wynika z mojego wieku. Medycyna, dla której ja zostałem lekarzem, która mnie zafascynowała jako nastolatka, bardzo się zmieniła. Jest wspaniała, mamy dzisiaj możliwości leczenia zupełnie niezwykłe, ale atmosfera i relacje między pacjentem a lekarzem są zupełnie inne niż wtedy, kiedy ja wybierałem medycynę. Tak więc postęp ostatnich lat jest zupełnie niepodważalny; wyposażenie sal operacyjnych i oddziałów intensywnej terapii, możliwości monitorowania i przewidywania wystąpienia powikłań, przeciwdziałanie powikłaniom – to wszystko jest dzisiaj dostępne, zatem chory jest bezpieczniejszy. Tylko czy lekarze i personel zajmujący się chorym są mu równie – użyję może niemodnego słowa – oddani, jak wtedy, gdy ja zaczynałem pracę w tym zawodzie?

KB: Z czego wynikają owe negatywne tendencje: z wpływu na medycynę kapitału czy polityki?

BM: Medycyna to ogromne pieniądze, ogromny biznes. Jest takie pojęcie finance-oriented medicine. Zorientowanie na wynik finansowy jest największym wrogiem dzisiejszej medycyny. Nie mogę się zgodzić z moimi przyjaciółmi, którzy zajmują się biznesem lub zarządzaniem i mówią, że medycyna to po prostu kolejny sposób na zarabianie pieniędzy i zarządzanie metodą korporacyjną. Absolutnie się z tym nie zgadzam. W ramach finance-oriented medicine kierownikom klinik i ordynatorom oddziałów każe się analizować wynik finansowy i tak dostosowywać leczenie, żeby ten wynik był jak najlepszy. To wywołuje u mnie dreszcze. Od czasu do czasu słyszę też od zarządzających, że trzeba „schładzać”, czyli zmniejszać ilość świadczeń, bo w przeciwnym razie będziemy mieli niezapłacone świadczenia za tzw. nadwykonania. Ja od 20 lat kieruję kliniką, a od 40 lat jestem lekarzem chirurgiem i nigdy w życiu nie kierowałem i nie będę się kierował tymi kryteriami. Pamiętam taki rok, w którym NFZ ogłosił, że osiągnął wynik dodatni na sumę kilku milionów złotych. Skoro mamy w Polsce kolejki dwu- czy trzyletnie i ogromny problem z dostępnością świadczeń, skoro ludzie czekają na wymianę stawu biodrowego przez dwa lata i w tym czasie biorą niszczące organizm leki przeciwbólowe, to jak można mówić o dodatnim wyniku finansowym w medycynie? Jesteśmy krajem, w którym funkcjonuje w życiu publicznym pojęcie nadwykonań, również w dziedzinach medycyny ratujących życie. Kiedyś zapytałem ministra zdrowia, jak mogą mu przez gardło przejść słowa o nadwykonaniu w onkologii. Jak można mówić o nadwykonaniu w przypadku ostrych zespołów wieńcowych? Jak można nie zapłacić za operację w stanie zagrażającym życiu? Gdzie jest konstytucja? Oczywiście trzeba oszczędzać, ale nie można myśleć nielogiczne i głęboko nieetycznie. Nie można powiedzieć: „Proszę »schłodzić« w trzecim kwartale ilość wykonywanych operacji serca u dzieci, bo nie ma pieniędzy na nadwykonania”. Nie życzę nikomu, kto używa tego języka, by jego dziecko czy wnuczek miało wadę serca.

KB: Chciałem zapytać, czy pan profesor zostanie kiedyś ministrem zdrowia, ale widzę, że chyba nie…

BM: Nigdy w życiu nie chciałem być politykiem i to się nie zmieniło. Stanowisko ministra zdrowia ma charakter polityczny, co mnie kompletnie nie interesuje. Staram się być całkowicie apolityczny, tak dalece, że kiedy wchodzę do szpitala, wypinam z klapy marynarki znaczek Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, który poza szpitalem dość często noszę. Mój pacjent może nie być akurat wielbicielem WOŚP, chociaż dla mnie jest ona jedną z najważniejszych rzeczy na świecie. Nie chciałbym, żeby miał wątpliwości, czy ja jako osoba nosząca ten znaczek nie będę na niego czy jego dziecko patrzył innym wzrokiem niż na kogoś, kto też nosi taki znaczek. Jestem absolutnym zwolennikiem apolityczności i medycyny, której nie interesują poglądy, przekonania czy kolor skóry. Powiem szczerze, że w całym moim życiu staram się nie wiedzieć, jakie kto ma przekonania religijne czy poglądy polityczne. A do ludzi o innym kolorze skóry staram się zawsze uśmiechać.

KB: W wielu krajach ludzie uśmiechają się do siebie na ulicy i to jest zwykła, codzienna praktyka.

BM: Na pewno znaczniej częściej niż w Polsce. Kiedy pewna bliska mi osoba, Europejka, pierwszy raz zetknęła się z Polską, zapytała: „Dlaczego ludzie w tramwaju albo w pociągu gapią się na mnie bez uśmiechu? To jest niepojęte. W moim kraju nawiązanie kontaktu wzrokowego jest zapowiedzią uśmiechu albo rozmowy”. W Polsce takie gapienie się bez okazania sympatii w jakikolwiek, choćby najprostszy sposób, jak choćby poprzez uśmiech, jest na porządku dziennym. Dużo jeszcze przed nami w tej dziedzinie.

KB: Spotkałem się kiedyś na konferencji filozoficznej z tezą, by powrócić do nauczania etyki na studiach medycznych. Profesor, który badał historię dydaktyki filozoficznej, twierdził, że przed wojną na medycynie obowiązywał dwuletni kurs tego przedmiotu.

BM: Jestem absolutnym zwolennikiem nauczania etyki na studiach medycznych. Potraktuję jednak to pytanie trochę jako pretekst, by opowiedzieć o całym procesie kształcenia lekarzy. Samodzielnymi lekarzami i specjalistami zostajemy zwykle po sześciu latach studiów i sześciu latach rezydentury. Ludzie idą na studia w wieku 19 lat i dopiero w wieku około trzydziestu kilku lat mogą podejmować samodzielne decyzje w ramach wykonywania swojego zawodu. Choć jest to proces kształcenia bardzo długi i trudny, brakuje w nim kompletnie dwóch rzeczy. Po pierwsze szeroko pojętej etyki, a nawet szerzej – filozofii. Ja się pasjonowałem filozofią, czytałem sporo na ten temat jako nastolatek i starałem się korzystać z tej uniwersalnej wiedzy. Druga rzecz, której brakuje w procesie kształcenia lekarzy, to nauka komunikacji. I nie chodzi tutaj o szkolenia prawników, którzy uczą, co wolno powiedzieć, a czego nie, żeby nie ponosić odpowiedzialności za słowa, a jedynie o zapewnienie pacjentowi poczucia bezpieczeństwa. Kiedy człowiek staje się pacjentem, potrzebuje dwóch rzeczy, mianowicie kompetencji lekarza i poczucia bezpieczeństwa, które jest niemożliwe bez zaufania, a to zostało mocno nadszarpnięte w ciągu ostatnich dekad. Należy zatem uczyć etyki i komunikacji. Trzeba też jednak zadbać o to, by po tym długim procesie nauczania lekarz mógł odczuć satysfakcję finansową. W Polsce pierwsza pensja specjalisty w zabiegowej wąskiej specjalności może wynosić tysiąc euro. Dopóki to państwo będzie płaciło personelowi pomocniczemu w spółkach Skarbu Państwa więcej niż specjaliście w dziedzinie kardiochirurgii, dopóty młodzi ludzie będą kończyli w Polsce studia, bo są względnie tanie, i wyjeżdżali za granicę. Dzisiaj blisko 70 proc. studentów medycyny po skończeniu studiów planuje wyjazd z Polski. Dopóki politycy będą ludziom opowiadali, że lekarze w Polsce zarabiają krocie, a w tym samym czasie rezydenci będą zmuszeni żyć za kilkaset euro, dopóty na pewno nie będzie dobrze.

KB: Ostatnio sporo mówi się o konstytucji. Skoro zgodnie z jej literą obowiązkiem państwa jest zapewnienie ochrony zdrowia, powinno ono zadbać o zapewnienie nowoczesnego sprzętu medycznego, ale również o lekarzy.

BM: Ostatnie 25 lat upłynęło mi na walce o to, żeby pediatrzy w Polsce dysponowali nie gorszym sprzętem, niż dysponują w najbogatszych krajach na świecie. Bo od tego zależy wynik i bezpieczeństwo leczenia. Stąd mój udział i moja rola w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Kiedy w 1986 r. wróciłem do Polski po okresie kształcenia w Anglii, zdałem sobie sprawę z przepaści, jaka istniała wówczas pomiędzy poziomem wyposażenia kardiochirurgii dziecięcej w obu krajach. Wiedziałem, że aby móc wykorzystać w Polsce to, czego się nauczyłem za granicą, muszę pracować na nowoczesnym sprzęcie. U nas z powodu zapóźnienia technologicznego umierały dzieci. Po 30 latach mamy wyposażenie bloków operacyjnych, intensywnej terapii czy diagnostyki obrazowej na najwyższym, światowym poziomie. Zwłaszcza w takich dziedzinach jak moja, czyli w wysokospecjalistycznej medycynie. Teraz trzeba zadbać o lekarzy – ich wykształcenie, nie tyle o studia, co szkolenia podyplomowe, udział w międzynarodowej wymianie edukacyjnej, jak również ich uposażenie. Jeśli społeczeństwo chce być zdrowe, to zawód lekarski musi wrócić do grona szanowanych zawodów, w każdym tego słowa znaczeniu. Oczywiście bardzo wielka w tym rola samych lekarzy. Korporacje lekarskie nie powinny zamiatać pod dywan tego, co jest złe. Powinny działać w interesie dobrego imienia lekarzy i bezpieczeństwa oraz godnego wykonywania zawodu.

Medycyna to ciężka praca. Nikt nie zlikwidował przysięgi Hipokratesa. Mądre państwa oczekują od swoich lekarzy, żeby wykonywali jej ducha. W przysiędze Hipokratesa nigdzie nie jest napisane, ile powinien zarabiać lekarz, ale mądre państwa dbają o to, żeby nie musiał się martwić o swój byt i pracować w siedmiu miejscach naraz, po 300 godz. w miesiącu. Jednocześnie oczekują od lekarza zaangażowania w leczenie pacjenta oraz życzliwości, a nie jedynie wykonywania procedury. Mądre państwa dbają, by nie traktować lekarzy jak zasoby ludzkie, i nie zarządzają nimi w sposób korporacyjny, czyli poprzez redukowanie najwyższych kosztów. Ludzie, którzy żyją już długo, mówią, że w czasach biedy lekarze byli sympatyczniejsi, milsi i bardziej lubili swoich pacjentów. Myślę, że o edukację, służbę zdrowia, o zdrowie trzeba walczyć dokładnie tak samo, jak walczy się o demokrację i wolność słowa, bo to są wartości. A politycy niekoniecznie umieszczają je na liście swoich priorytetów.

KB: Jak pan odbiera zarzuty wobec WOŚP?

BM: Żeby Orkiestra przetrwała, trzeba umieć robić swoje mimo tego, co się dzieje w mediach. Oskarżenia, które padały pod naszym adresem, znalazły finał w sądzie. Wszystkie sprawy wygraliśmy, o czym media nie informowały tak ochoczo, jak o oszczerstwach. Czy martwią mnie takie ataki? Czy się nimi denerwuję? Bardzo się denerwuję i bardzo mnie martwi, kiedy się nas oskarża bezpodstawnie. Jest mi przykro, kiedy ten hejt dotyczy Jurka Owsiaka, dlatego że on naprawdę na to nie zasłużył. Musi być bardzo odporny, bo jest liderem i twarzą projektu, ale jest też zwykłym, wrażliwym człowiekiem, dotykają go oszczerstwa. Z drugiej strony, czy można w nowoczesnym społeczeństwie tego uniknąć? Hejt dotyczy wszystkich osób publicznych, zawsze ktoś się komuś nie podoba. Mówi się, że osoba publiczna musi kalkulować ryzyko związane z publiczną krytyką. Ta teza jednak dotyczy minionych czasów. Młode pokolenie praktycznie zrezygnowało z tradycyjnych mediów i przeniosło się do Internetu, a tam wolno wszystko. Prawo za tym nie nadąża i nie chroni przed bezpodstawnymi atakami, dziś każdego można obsmarować bezkarnie i na wielką skalę.

KB: Renoma Centrum Zdrowia Dziecka jest powszechnie znana. Proszę opowiedzieć, jaki jest status i dokonania polskiej kardiochirurgii, również w skali międzynarodowej.

BM: Centrum Zdrowia Dziecka jest jednym z ośrodków kardiochirurgii dziecięcej w Polsce i jednocześnie najbardziej znanym ośrodkiem kardiochirurgii dziecięcej na świecie. Ludzie ze wszystkich kontynentów, którzy zajmują się kardiologią i kardiochirurgią dziecięcą, wiedzą o naszym istnieniu. Wiedzą, że jesteśmy ośrodkiem unikalnym pod względem liczby i rodzaju wykonywanych operacji. W Polsce rodzi się rocznie 2,5–3 tys. dzieci ze wszystkimi rodzajami wad wrodzonych serca. Otrzymują pomoc nie tylko w Centrum Zdrowia Dziecka, ale również w pozostałych dziewięciu ośrodkach kardiochirurgii dziecięcej. Jestem kierownikiem Kliniki Kardiochirurgii Centrum Zdrowia Dziecka i z tego punktu widzenia jest mi ona najbliższa, za nią odpowiadam, jest moim życiem. Jestem również jednym z fundatorów WOŚP, która powstała w Centrum Zdrowia Dziecka, w tym gabinecie, aby ratować życie dzieci z wrodzonymi wadami serca. Zaczęło się od tego, że planowaliśmy z zebranych środków zakupić płucoserce dla Kliniki Kardiochirurgii Centrum Zdrowia Dziecka. Po pierwszym finale zostały zebrane ogromne jak na owe czasy pieniądze – 1,7 mln dolarów. Wtedy zdecydowaliśmy – przy bardzo wielkim oporze ze strony niektórych osób – że trzeba się podzielić z innymi ośrodkami kardiochirurgii, bo dzieci z wadami serca rodzą się w całym kraju. Na ten cel fundacja zbierała pieniądze przez pierwsze pięć lat. Dopiero potem uznaliśmy, że zaufanie społeczne i ilość pozyskanych pieniędzy pozwalają nam podzielić się z innymi dziedzinami medycyny.

Dziś mogę powiedzieć, że polska kardiochirurgia dziecięca ma dwa oblicza. Wykonujemy wszystkie najbardziej złożone operacje wad wrodzonych serca, mamy największe w Europie doświadczenie leczenia dzieci z sercem jednokomorowym. W innych krajach wysokorozwiniętych Europy, przede wszystkim w Skandynawii, Beneluksie, Anglii, te dzieci się praktycznie nie rodzą. Tam wczesne rozpoznanie takiej wady serca w okresie ciąży oznacza aborcję. Mamy ogromne doświadczenie i świetne wyniki w leczeniu najtrudniejszych wad wrodzonych serca, na poziomie najlepszych ośrodków w USA. To jest nasz ogromny sukces. Drugie oblicze polskiej kardiologii i kardiochirurgii dziecięcej to konsekwencje finansowe i organizacyjne wynikające z naszego postępu – ponieważ te dzieci przeżywają, wymagają następnych operacji, nie z powodu powikłań, ale z powodu planu leczenia. Mogą dożyć wieku dorosłego, niektóre w bardzo dobrej formie, ale to dużo kosztuje. Więc kolejki do następnych etapów leczenia są coraz dłuższe. Jedynie noworodki, które wymagają natychmiastowej operacji, nie muszą czekać w kolejce. Stąd akcje zbierania pieniędzy na wyjazdy dzieci za granicę – mogłyby być leczone w Polsce, bo mamy tutaj wszelkie niezbędne kompetencje i sprzęt, ale oczekiwanie w kolejce kosztowałoby je życie. Innym ważnym problemem polskiej kardiochirurgii jest brak następców. Bycie kardiochirurgiem dziecięcym stwarza ogromne wymagania odnośnie czasu kształcenia. Żeby być samodzielnym specjalistą w tej dziedzinie, trzeba do 12 lat studiów i rezydentury doliczyć jeszcze 10 lat praktyki. To jest trudny, długotrwały proces. W związku z tym studenci nie wybierają tej specjalności. W naszej klinice praktykę rozpoczęło dziewięć osób – wszystkie uznały, że jest to dla nich zbyt trudne, zbyt wymagające. Kardiochirurg dziecięcy musi być dyspozycyjny 365 dni w roku, siedem dni w tygodniu. Kiedy trzeba operować noworodka, zespół musi zebrać się w Wigilię, w Wielkanoc, w sobotę i niedzielę. Kardiochirurdzy wychodzą ze szpitala jako ostatni. Tutaj zabiegi trwają najdłużej, a po operacji nie można wyjść od razu do domu – trzeba monitorować pacjenta, którego się operowało wiele godzin.

KB: Tu się pojawia problem zarzutów o nadwykonania, który został wcześnie zasygnalizowany.

BM: Każdy najtrudniejszy pacjent, którego wyleczenie dla mnie jako chirurga i kierownika kliniki jest największym sukcesem, dla szpitala oznacza zwiększenie długu. Zatem z perspektywy skomercjalizowanego systemu ochrony zdrowia nie opłaca się dzisiaj leczyć najciężej chorych dzieci. Jeden dzień pobytu noworodka na intensywnej terapii kosztuje 3,5 tys. zł, a musi na niej przebywać średnio 10 dni. Politycy różnych opcji od wielu lat zastanawiają się, co tu zrobić, żeby największe szpitale kliniczne czy instytuty nie przynosiły tak wielkich długów. Niektórzy wpadają na „genialny” pomysł, że najlepiej je zlikwidować. Inni usiłują nas namówić, żebyśmy oszczędzali. W systemie finansowania świadczeń zdrowotnych w Polsce nie ma w ogóle zróżnicowania, nie funkcjonuje referencyjność. Instytuty, które zajmują się leczeniem najcięższych przypadków, zawsze będą przynosiły wielkie długi. Przynajmniej z perspektywy polityków zarządzających tym systemem. Dopóki nie zdadzą sobie oni sprawy, że kiedyś ich dziecko czy wnuczek znajdzie ratunek tylko w takim miejscu. Powiada się, że w USA jest najbardziej skomercjalizowana medycyna na świecie. Jednak istnieje tam około 60 instytutów narodowych, których celem jest leczenie najciężej chorych, kształcenie specjalistów, personelu, tworzenie standardów, prowadzenie badań oraz wdrażanie najnowszej technologii medycznej. Te instytuty funkcjonują głównie dzięki subsydiom państwowym. A Polska jest na jednym z trzech ostatnich miejsc w Europie pod względem wydatków na ochronę zdrowia na mieszkańca. To nie wysokospecjalistyczna medycyna wydaje za dużo pieniędzy. To społeczeństwo poprzez wybranych przez siebie polityków przeznacza za mało środków na ochronę zdrowia – o wiele za mało, nie mówimy tu o małych kwotach, tylko o ogromnych brakach w finansowaniu służby zdrowia. Staramy się leczyć na najwyższym światowym poziomie, a to przez polityków określane jest mianem nadwykonania. Trzeba uczyć etyki, ale nie tylko lekarzy na studiach, również tych, którzy w życiu publicznym opowiadają takie brednie.


Bohdan Jarosław Maruszewski

(ur. 19 sierpnia 1953 r.) – polski kardiochirurg dziecięcy, profesor nauk medycznych, społecznik, współtwórca Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W latach 1985–1986 pracował w Królewskim Szpitalu Dziecięcym w Liverpoolu, szkoląc się w zakresie chirurgii wrodzonych wad serca pod kierunkiem prof. Davida Hamiltona. W kolejnych latach szkolił się w najsłynniejszych ośrodkach kardiochirurgii w Wielkiej Brytanii, m.in. w Great Ormond Street Hospital i National Heart Hospital, a także w Harefield Hospital w Londynie. Specjalizuje się w zakresie chirurgii dziecięcej i kardiochirurgii. Zawodowo związany z Centrum Zdrowia Dziecka, w którym pełni funkcję kierownika Kliniki Kardiochirurgii. Został również prezesem Klubu Kardiologów Polskich. W 1993 r. był jednym z fundatorów Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. W utworzonej fundacji został wiceprezesem, a następnie prezesem. Prof. Bohdan Maruszewski bardzo aktywnie działa w sferze naukowej. W ciągu ostatnich 15 lat był przewodniczącym 40 sesji na międzynarodowych kongresach i konferencjach naukowych. Jest autorem 160 publikacji w krajowych i zagranicznych czasopismach naukowych, a także współautorem podręczników kardiochirurgii. Pełnił funkcję profesora wizytującego w najważniejszych ośrodkach kardiochirurgii w USA, Wielkiej Brytanii i we Włoszech. Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi (2012 r.), Srebrnym Krzyżem Zasługi (2002 r.) i Orderem Uśmiechu (2012 r.). Jest członkiem honorowym Amerykańskiego Towarzystwa Kardiochirurgów Dziecięcych (CHSS) i członkiem honorowym Europejskiego Towarzystwa Kardiochirurgów Dziecięcych (ECHSA), w którym pełnił funkcję prezydenta.

 

Czytaj także

  • Fot. Marcin Żurawicz

    Lubię pomagać

    O prowadzeniu biznesu społecznego, działaniu w skali globalnej oraz promowaniu Polski z Moniką Jabłońską rozmawia Kamil Broszko.

    WIĘCEJ
  • Fot. Robert Baka

    Kocham ją i nienawidzę

    O muzyce, buncie i trudnej relacji z Polską z Muńkiem Staszczykiem rozmawia Anna Siedlińska.

     

    WIĘCEJ
  • Fot. Joanna Mieszko-Nita

    Fabryka Dwurnika

    O pracy ciągłej, niechęci do autoportretu oraz o kupowaniu supersamochodów z Edwardem Dwurnikiem, malarzem i grafikiem, rozmawiają Kamil Broszko i Marzena Tataj.

     

    WIĘCEJ
  • Fot. Kamil Broszko/Broszko.com

    Fotoreporter, który pokazał Polskę

    O dokumentowaniu najnowszej historii, najważniejszych kadrach oraz o tym, czy przy pomocy aparatu fotograficznego można zmienić świat, z Chrisem Niedenthalem rozmawia Kamil Broszko.

     

    WIĘCEJ