Trzeba się spiąć i budować firmy globalne

Fot. Kamil Broszko/Broszko.com
Fot. Kamil Broszko/Broszko.com

O randze polskich innowacji, patologiach w finansowaniu przedsięwzięć innowacyjnych oraz o wizytach startupowców w Pałacu Prezydenckim z Arturem Kurasińskim rozmawia Kamil Broszko.

 

Kamil Broszko: Branża internetowa w Polsce to cały szereg zjawisk. Rozmaite gremia mówią o startupach, e-commerce, spółkach innowacyjnych, firmach internetowych. Czy jest pan za tym, by w kręgu wymienionych dziedzin obowiązywała ścisła kategoryzacja?

Artur Kurasiński: To faktycznie trudne zagadnienie. Dziś nikt o zdrowych zmysłach nie kruszy kopii w kwestii definicji. Dziennikarze oczywiście cały czas dociekają, co jest startupem. Przyjmuje się, że o startupach mówi się przede wszystkim w kontekście branży technologicznej. Raczej nie będziemy mówili o startupie w przypadku kiosku z warzywami, lecz użyjemy tego określenia w odniesieniu do firmy, która zajmuje się tworzeniem oprogramowania dla wirtualnej rzeczywistości. Amerykańscy teoretycy i praktycy przede wszystkim akcentują fakt, że startup musi szybko rosnąć i musi mieć unikalny model biznesowy. W Polsce jest chyba trochę inaczej, po prostu w kategorii startupu mieszczą się wszystkie firmy, które są związane z branżą technologiczną, tworzą usługi i produkty, są również w stanie szybko je rozwijać; można mieć startup związany z e-commerce, z modą, z aplikacjami itd. Jest to bardzo pojemna kategoria. Wbrew pozorom nie dla każdej firmy jest korzystne, by nazywać ją startupem, zaś część firm przypisuje sobie tę etykietkę nieco na wyrost, by zaistnieć w mediach czy na imprezach branżowych. Istotne są też wielkość i etap rozwoju, choć niektóre firmy amerykańskie wyceniane na dziesiątki milionów dolarów uważają się za startupy i cały czas publikują informację, że są startupami. Ja uważam, że status startupu do pewnego momentu nobilituje, ale potem trzeba wyrosnąć z krótkich majteczek i mówić o sobie, że jest się raczej firmą, która ma swoją strukturę, obowiązki itd.

KB: Na podstawie publicystyki trudno sobie wyrobić pogląd na miejsce polskich startupów w światowym rankingu. Niektóre publikacje sytuują nas na szarym końcu, a inne sugerują, że mamy potencjał, by być liderem w branży. Jak jest naprawdę?

AK: Absolutnie nie jesteśmy liderem. Osiągamy poziom globalny jedynie w poszczególnych małych projektach, które dla nas są powodem do dumy, zaś w skali świata są zupełnie pomijalne. Na pewno Polacy wyspecjalizowali się w kilku kategoriach; jesteśmy nieźli w dziedzinie gier, mamy dobre zaplecze związane z tzw. hardware’em, czyli produkcją fizycznych przedmiotów o wysokim natężeniu technologii, np. bitcoinów czy okularów VR. Natomiast powiedzmy sobie szczerze – poziom finansowania w Polsce czy nawet w Europie jest wielokrotnie niższy niż w amerykańskich ośrodkach, które są wymieniane jednym tchem jako te z największym zagęszczeniem inwestorów. Nie chodzi już nawet wyłącznie o słynną Dolinę Krzemową, ale również o Nowy Jork, Seattle i kilka innych miast. Zaś naszą specyfiką i niewątpliwym atutem jest to, że mamy ogromny zasób ludzi, którzy są kształceni jako inżynierowie, deweloperzy, programiści. Ci ludzie są w stanie wchodzić w struktury różnych podmiotów, spółek i budować ich wartość. Jednak to nie znaczy, że jesteśmy jakoś specjalnie predestynowani do tego, żeby stworzyć kolejnego Facebooka, Skype’a czy Google’a. U nas nie ma odpowiedniego środowiska, niezbędnego do wejścia na poziom globalny i konkurowania z największymi, przede wszystkim amerykańskimi firmami. Dziś pierwsi w peletonie są Amerykanie, trochę gonią ich Koreańczycy, zaś wszystkich za chwilę przegonią Chińczycy. W Polsce finansowanie w 90 proc. opiera się na środkach z Unii Europejskiej. Zatem to właśnie państwo, które te środki posiada i nimi dysponuje, jest odpowiedzialne za sukces polskich startupów. Nic się w tej sprawie nie zmieni w najbliższym czasie, bowiem prywatni inwestorzy nie chcą finansować na wstępnym etapie takich podmiotów. Im zależy, by wchodzić do dojrzałych spółek, które weszły na rynek i coś udowodniły. To jest największy problem, jaki istnieje w Polsce i Europie: brakuje woli ponoszenia ryzyka. Wiele spółek mogłoby zrobić coś fajnego, pomysły są często rewolucyjne, jednak nikt nie chce dać im szansy. Wystarczy wspomnieć przykład niebieskiego lasera czy kilku innych wynalazków – gdyby powstały w USA, ich twórcy byliby noblistami z bardzo dużą ilością zer na koncie. U nas najlepsze pomysły przepadają. Nie ma zbyt wielu prywatnych inwestorów, którzy mogliby konkurować z kwotą kilkuset miliardów euro, czyli z dofinansowaniem przyznawanym przez UE. W rezultacie w Polsce startup kojarzy się z fajnym pomysłem na życie, natomiast nie idą za tym komercjalizacja i realne pieniądze. To jest właśnie brakujące ogniwo, z którym nie ma problemu w Stanach czy choćby w Izraelu.

KB: Co zatem blokuje rozwój: brak dojrzałości w startu-pach czy brak instytucji, struktur, a przede wszystkim finansowania?

AK: Wszystko po trochu. Pieniądze, które są łatwe do pozyskania, korumpują. Wiele polskich pomysłów świetnie wygląda na papierze. Widać to szczególnie, gdy przeanalizuje się projekty PARP czy NCBR. Jednak z czasem okazuje się, że kilka kartek ze świetnie opisanym pomysłem nie ma nic wspólnego z jego faktyczną realizacją. W wielu przypadkach dochodzi do przepalania kasy. Ludzie w Polsce nauczyli się, jak pozyskiwać tanie pieniądze od państwa. Natomiast nie ma przekonania, że faktycznie trzeba się po te pieniądze schylić wtedy, kiedy mamy coś ciekawego do zaprezentowania. Zdaniem wielu startup to po prostu ciekawy sposób na życie dzięki środkom z UE, agend rządowych itp., kilka lat spokoju, bez konieczności podejmowania jakichś prac zarobkowych. Mamy niedojrzały system, obarczony podstawowym błędem – napływ gotówki nie jest skorelowany z realiami rynkowymi. Mamy kiepskich „rozprowadzaczy” pieniędzy unijnych, którzy w żaden sposób nie ponoszą odpowiedzialności za wynik. Kręgosłupem gospodarki innowacyjnej powinny być prywatne pieniądze. Odpowiedzialność za stopę zwrotu z inwestycji powinna spoczywać na biorącym. Kiedy sprzeniewierzy te środki, ma sprawę karną, ląduje w areszcie i na zawsze wypada z obiegu.

KB: Zły pieniądz publiczny wypiera dobry pieniądz inwestorów?

AK: Zgadza się. Niektórzy mówią, że to jest komunizm, że mamy tutaj do czynienia z rozdawnictwem. Ludzie powinni się wykazać superinnowacyjnością, a kończy się na przepisywaniu tabelek, hakowaniu systemów, oszukiwaniu urzędnika i w rezultacie otrzymaniu niezłych pieniędzy na kilka osób w skali dwóch lat (najczęściej jest to po pierwszym roku, maksymalnie po 18 miesiącach, kilkaset tysięcy złotych, raczej bliżej miliona). To korumpuje. Ludzie nie są nastawieni na efekt końcowy, na opracowanie nowej technologii czy produktu. Myślą raczej o tym, by dobrze się zabezpieczyć na wypadek dociekliwości urzędnika akceptującego projekt i rozliczającego faktury. Dopóki nie odetniemy się od patologicznego myślenia i nie zmienimy proporcji środków, dopóty nie przekonamy się, czy ten nasz ekosystem polski ma rację bytu. Mamy oczywiście sprawnych deweloperów, którzy wyjeżdżają na Zachód i pracują w Google’u, Apple’u, Facebooku. Lecz czy jesteśmy dobrymi sprzedawcami, marketerami? Czy jesteśmy w stanie robić dobrze rzeczy, które są w jakimś stopniu zauważalne? Nikt dziś nie potrafi jeszcze odpowiedzieć na takie pytanie.

KB: Jaki jest udział szeroko pojętych startupów i firm internetowych w polskiej gospodarce? Mam na myśli udział ekonomiczny, ale także wizerunkowy.

AK: Polska chciałaby się pochwalić, że jesteśmy superinnowacyjni. Ale bez przesady! Cała branża internetowa, która ma dobrą passę i na którą wszyscy chcą się załapać, jest warta 2 mld zł. Wypada zatem dość słabo w porównaniu z wartością sprzedaży Biedronki czy obrotów Orlenu. Nie ma co zakrzywiać rzeczywistości – branża internetowa nie jest znaczącą częścią PKB. Obecnie kapitalizacja żadnej z polskich firm startupowych nie przekracza sumy 100 mln zł. Na pewno będziemy w najbliższym czasie świadkami kilku przejęć, kilka polskich firm zostanie kupionych, ale to nie wskazuje na jednoznaczny trend, że rynek idzie w górę. Niestety, jesteśmy krajem, który jest przede wszystkim kojarzony z produkcją koszy wiklinowych, jabłek, różnego typu produktów związanych z branżą żywnościową czy choćby ze stolarką okienną, będącą prawdziwą polską specjalnością. Dziś dużo więcej skojarzeń z innowacyjnością przywodzą na myśl takie kraje, jak Ukraina, Rosja czy Izrael – tam są duże projekty i realne sukcesy. W pewnym sensie wielkość kraju to nasze przekleństwo. Jest nas 38 mln, co skłania wiele firm, by trzymać się rodzimego rynku. Nawet język wciąż jest pewną barie-rą przed podjęciem ekspansji. Parę firm kilkunastoosobowych tu przetrwa. Ale żeby wyjść na rynek zewnętrzny, trzeba konkurować z największymi, trzeba mieć ogromny kapitał. Jeśli startuję w Polsce z biznesem, który może uzyskać status globalny, lecz potrzebuję na to kilku milionów dolarów, to zanim dojdę do momentu, gdy ktoś mi te pieniądze zaoferuje, minie kilka lat. W tym samym czasie w Dolinie Krzemowej człowiek zaraz po studiach, posiadający zerową wiedzę o biznesie, pójdzie do funduszu i podczas pierwszej rozmowy otrzyma milion dolarów. Więc ja będę od razu kilka lat do tyłu. A kilka lat w tej branży oznacza, że mój produkt będzie rodem z XIX w. Tak to niestety wygląda. Jeżeli chcemy mieć dobrą firmę, szybko rosnącą, z ogromnym potencjałem, z możliwościami rozrostu do poziomu globalnego, to trzeba skorzystać z ekosystemu innego niż polski. Patriotą można być, ale ja mogę konkurować tylko i wyłącznie wtedy, kiedy mam odpowiednią ilość dolarów na koncie, a to zapewni jedynie inwestor ze Stanów albo Europy Zachodniej.

KB: Trwa moda na startupy, jednak niedawno kilku znaczących polskich przedsiębiorców stwierdziło, że zachwyt nad nimi jest nadmierny i nieuzasadniony, że nie każdy startup ma realną biznesową wartość.

AK: W tym kontekście broniłbym startupów. Większość krytycznych uwag generują ludzie, którzy nie mają pojęcia o budowaniu nowoczesnego biznesu, mają za to peerelowski rodowód i dla nich jest kluczowe, by nie dopuścić młodych i być monopolistami. Te osoby nie rozumieją, jak świat pędzi do przodu. Kilka lat temu wszyscy powątpiewali w to, że kiedykolwiek pojedziemy autonomiczną taksówką. Dziś taki pojazd już jest na drodze, choć jeszcze siedzi w nim kierowca, który monitoruje działanie systemu. Obecnie postępu nie liczy się w latach, tylko w miesiącach. Ci, którzy zbudowali swoje bogactwo na wizjach minionych czasów, jak np. pan prof. Filipiak oraz osoby w podobnym wieku i o podobnej pozycji w branży, będą oczywiście powątpiewali. Nie dopuszczają bowiem myśli, że w ciągu kilku lat można zbudować firmę większą niż ich, ale tak się dzieje na całym świecie. Są firmy, które nie mają jeszcze pomysłu na swoją formę prawną, mieszczą się w kilku pokojach, a mają potencjał większy niż Asseco czy Comarch – dlatego że nie sprzedają na godziny pracy specjalisty, ale sprzedają usługę, z której zechcą skorzystać miliardy ludzi na całym świecie. Zatem startupy to zdrowy trend, świetnie się wpisuje w gen przedsiębiorczości Polaków. Tylko trzeba spiąć tyłek i zacząć budować firmy konkurencyjne w skali globalnej. I tu pojawia się problem z inwestorem. Woli on zaangażować się finansowo w hurtownię alkoholu, bo zna marże, popyt i umie przewidzieć zyski. Nie zdecyduje się zaś zainwestować w przemysł kosmiczny czy znalezienie lekarstwa na raka, ponieważ potrzeba potężnych środków, a poza tym ryzyko jest wielkie, w ogóle nie wiadomo, czym zakończy się taki projekt. Ja tę obawę rozumiem, ale też śmieję się z niej. Innowator zawsze miał do czynienia z osobami, które mówią, że niemożliwy jest postęp, a tu przychodzi ktoś, kto wymyśla telefon, kocioł parowy, broń prochową itd. Nagle okazuje się, że postęp dzieje się cały czas, on się nie zatrzymuje. Coraz szybciej do konsumentów trafiają wynalazki, które jeszcze kilka miesięcy temu były na deskach kreślarskich. Teraz potrzebni nam są nowi przedsiębiorcy – ryzykujący i wszystko stawiający na jedną kartę. Jeśli ich nie będzie, czeka nas jedynie praca w oddziałach zachodnich firm. Trzeba zatem trzymać kciuki i popierać branżę startupową.

KB: Jak pan ocenia „inicjatywę pałacową”, czyli cykliczne spotkania prezydenta Dudy z branżą startupową?

AK: Na pewno jest to inicjatywa polityczna, bez dwóch zdań. Kancelaria Prezydenta chciała zapunktować PR-owo i to się udało. Ja również otrzymałem zaproszenie, jednak nie poszedłem, bo nie popieram polityki obecnego rządu ani prezydenta, w związku z tym nie chciałem w jakiś sposób „twarzować” temu przedsięwzięciu. Natomiast samą inicjatywę popieram, dlatego że niezależnie od tego, kto rządzi, wsparcie władzy może przyspieszać dobre procesy roz-wojowe. W tym kontekście ciekawą postacią jest minister Mateusz Morawicki. Nie zgadzam się z większością jego poglądów, jednak potrafię docenić generalną zmianę podejścia rządu do przedsiębiorczości. Czy to oznacza, że pójście do Pałacu Prezydenckiego i prezentowanie startupów przed prezydentem Dudą jest czymś obciachowym? Jeżeli patrzymy na to jak na inicjatywę polityczną, to pewnie tak, dlatego część osób się nie zgłosiła. Jednak z drugiej strony może to być wzmacniające dla pewnych ciekawych firm i dobrych pomysłów. Na Zachodzie bardzo mile widziane jest wsparcie biznesu poprzez zaangażowanie strony rządowej. Żaden z prezydentów czy premierów nie waha się jeździć po całym świecie i lobbować za jakąś branżą, dlatego że to są konkretne pieniądze dla budżetu generowane poprzez podatki. W Polsce od zawsze istnieje dziwna niechęć do przestrzeni na styku władzy i biznesu, ucieka się od niej, traktuje jak morowe powietrze. Myślę, że jest wiele firm, dla których udział w takim spotkaniu w Pałacu Prezydenckim jest wręcz niezbędny. Jeżeli potrafią przełknąć to, że jest ono organizowane akurat za kadencji Andrzeja Dudy – pewnie przyniesie im korzyści. Ktoś inny jednak może powiedzieć, że niefajnie by było startować z taką inicjatywą za Bronisława Komorowskiego, ktoś inny – że za Lecha Kaczyńskiego czy Aleksandra Kwaśniewskiego itd. Odrzucając paradygmat polityczny, muszę przyznać, że cenię dobre i bardzo skuteczne lobby środowiska startupowego realizowane przez Fundację Startup Poland Elizy Kruczkowskiej. Faktem jest, że spotkania branży z prezydentem zadziały się teraz, zaś przez ostatnie 10–15 lat politykom nie przyszło do głowy, żeby otaczać się młodymi przedsiębiorcami, którzy nie są płatnikami na poziomie KGHM-u czy Orlenu. Bo i po co? Nie dadzą zarobić, nie wciągną do swoich spółek, nie można się w ich blasku ogrzać. Ta inicjatywa jest fajna również dlatego, że być może kolejny prezydent nie będzie się wahał jej kontynuować.


Artur Kurasiński 

współtwórca narzędzi Fokus oraz Muse. Współtwórca cyklu spotkań dla przedsiębiorców Aula Polska oraz konkursu Aulery. Prowadzi vloga „Seria z AK74”. W roli mentora uczestniczy w wydarzeniach Seedcamp, Labstar, DemoCamp, Intel Challenge i Startup Fest.

 

 

 

Czytaj także

  • Fot. Archiwum KTK

    Wystarczy szanować publiczność

    O urokach życia i grania poza miastem, kryteriach dobrego teatru oraz o relacji między sztuką i biznesem z Janem Jakubem Należytym rozmawia Kamil Broszko.

     

    WIĘCEJ
  • Fot. Łukasz Cynalewski/Agencja Gazeta

    Polska dryfuje

    O wolności, wstydzie, narodowej dumie i polskiej „wyprowadzce z mapy” z prof. Przemysławem Czaplińskim, historykiem literatury, eseistą i krytykiem literackim, rozmawia Radosław Siedliński.

     

    WIĘCEJ
  • Fot. Fotolia
  • XXVI Gala „Teraz Polska”

    30 maja 2016 r. w Teatrze Wielkim w Warszawie odbyła się XXVI Gala „Teraz Polska”, podczas której zostały nagrodzone najlepsze polskie produkty, usługi, innowacje i samorządy.

     

    WIĘCEJ