Stare „Made in Poland” pod nowym szyldem

Fot. Archiwum Adama Szejnfelda
Fot. Archiwum Adama Szejnfelda

Polska jest jednym z nielicznych państw wysoko rozwiniętych na świecie, w których nie funkcjonuje kompleksowa, silnie umocowana (na przykład legislacyjnie) strategia promocyjna. Nadal opieramy się na polityce od Sasa do lasa, a nie na długookresowym planie, dobrze dopasowanym do naszych możliwości i potrzeb. Zmiana tego stanu rzeczy jest szczególnie ważna i pożądana dzisiaj, w dobie postępującej globalizacji, ponieważ posiadanie łatwo rozpoznawalnej i pozytywnie kojarzonej za granicą marki jest dla każdego państwa potężnym atutem w rywalizacji o liczącą się pozycję na arenie międzynarodowej.

Niestety, dotychczasową promocję Polski cechowało wiele słabości, przede wszystkim rozdrobnienie i autonomia bardzo wielu podmiotów zajmujących się w większym lub mniejszym stopniu tym samym i to w zasadzie niezależnie od siebie. Do dzisiaj nie funkcjonuje bowiem u nas system promocji, a w jego ramach operator, taki instytucjonalny zarządca, np. urząd czy agencja promocji gospodarczej, z siecią własnych placówek w kraju i za granicą, co jest w zasadzie normą w większości rozwiniętych krajów Europy i świata. Poza brakiem systemu promocji nie mamy także kompleksowej polityki oraz instytucji nastawionych na wspieranie polskich przedsiębiorców za granicą, zwłaszcza małych i średnich firm. Tym sposobem proces internacjonalizacji polskiej gospodarki ciągle jest w fazie raczkowania.

W tym miejscu warto zastanowić się, jak do tego wszystkiego odnosi się ostatnia rządowa propozycja powołania Polskiej Fundacji Narodowej. Wydaje się, że nijak. Nie proponuje się bowiem stworzenia żadnego systemu promocji, a jedynie dołączenie kolejnego podmiotu do dalece zatomizowanego układu. Ma on do tego działać na zasadzie fundacji, a więc nie będzie mógł posiadać absolutnie żadnych uprawnień do ingerowania, a cóż dopiero koordynowania działań instytucji rządowych. Wygląda więc na to, iż proponuje się kolejną ściemę mającą na celu pozorowanie działań reformatorskich, a de facto nastawioną głównie na „dojenie” spółek Skarbu Państwa. Fundacja bowiem ma mieć gigantyczny – oczywiście jak na polskie warunki – stumilionowy budżet pochodzący ze „zrzutki spółek Skarbu Państwa”. Zamysł autorów projektu staje się jasny już po lekturze samego uzasadnienia: „Polska jest krajem pięknym, ogromnych możliwości, wspaniałych ludzi; krajem, który często jest krzywdzony poprzez fałszywe, niepotrzebne, stereotypowe (…) informacje rozpropagowywane przez różnego rodzaju czasopisma, organizacje czy też autorytety i osoby życia publicznego na świecie”. Wszystko to sprawia wrażenie, że nowa fundacja ma być instytucją stworzoną przede wszystkim w celu krzewienia rządowej propagandy, co byłoby swoistą kwadraturą koła. Najpierw bowiem obecnie rządzący podejmują wszelkie możliwe działania psujące reputację Polski za granicą, a teraz chcą wydawać nie swoje miliony na jej ratowanie.

Niestety, Polska Fundacja Narodowa z pewnością pogłębi jeszcze bardziej ułomności obecnego systemu, głównie poprzez dublowanie działań ministerstw, służby dyplomatycznej, agencji rządowych i samorządów. Zasadnicze wątpliwości budzić także powinien pomysł, aby nie rząd miał bezpośrednio sprawować kontrolę nad tą fundacją, lecz… same spółki. Jak rozumiem, poza rządowymi poleceniami, według własnej agendy i własnego widzimisię. Tak się na świecie strategii promocji państwa i jego gospodarki raczej nie robi! Co również bardzo niepokojące, pieniądze raz wprowadzone do fundacji zostałyby całkowicie wyjęte spod kontroli publicznej, kontroli społecznej, zwłaszcza że o wszystkich działaniach ma decydować jedynie wewnętrzny statut. Koncepcja powołania Polskiej Fundacji Narodowej z jednej strony zatem nie spełnia żadnych ze wskazanych potrzeb merytorycznych, czyli nie generuje rozwiązania systemowego, a z drugiej strony może prowadzić do marnotrawstwa pieniędzy, tworząc potencjalnie gigantyczne pola do nadużyć.


Adam Szejnfeld

Poseł do Parlamentu Europejskiego
www.szejnfeld.pl

 

Czytaj także