Słowa zmieniają świat

Fot. Dawid Żuchowicz/Agencja Gazeta
Fot. Dawid Żuchowicz/Agencja Gazeta

O relacji między językiem i światem, niedoskonałościach poprawności politycznej oraz o kłamstwie z prof. Jerzym Bralczykiem rozmawia Kamil Broszko.

Kamil Broszko: Panie profesorze, tworzymy językiem świat czy to świat tworzy język?

Jerzy Bralczyk: Język jest częścią świata, ale też wpływa na cały świat, bo opisujemy go kategoriami językowymi. W tym sensie świat jest konstruowany przez język. Również uczymy się świata poprzez język. Dowiadujemy się o świecie nie tylko tego, co możemy zaobserwować, ale też tego, co jest wyrażone językiem. To kształtuje nasz obraz świata. Jest on uwarunkowany tymi kategoriami, które istnieją w języku. Ale też nasz sposób widzenia świata sprawia, że ów świat się zmienia. Wiemy, że świat istnieje obiektywnie. Nasza myśl odzwierciedla w ten sposób widzenie świata. On istnieje w naszym wyobrażeniu. Nasze wyobrażenia są wyrażane językiem. Są trzy warstwy: warstwa realności, warstwa naszego mniemania o świecie i warstwa naszego języka. Jeżeli wyrażamy to, co o świecie myślimy, to mamy do czynienia z pewnym uadekwatnianiem. Odpowiedniość między językiem, wyobrażeniem i światem wydaje się warunkiem dobrego funkcjonowania. A jednocześnie wiemy, że nasze myślenie nie tylko dotyczy tego, co jest, ale też tego, co może być, co chcielibyśmy, żeby było. Zatem chcemy naszym myśleniem konstruować rzeczywistość. A ponieważ wierzymy, że potrafimy zmienić świat, to go zmieniamy – czynami, ale w ogromnej mierze również słowami.

KB: Poznałem kiedyś osobę, która każdego dnia rano, stojąc przed lustrem, powtarzała: „jestem zwycięzcą”. Ma szansę zmienić swój świat?

JB: Chyba tylko swój. Nie ma mowy o prostej relacji. Natomiast prawdą jest, że jeżeli słowami zdefiniujemy sytuację, to skłonni jesteśmy dostosowywać rzeczywistość do własnych sformułowań, choćby po to, żeby nie wytwarzać poczucia jakiegoś dysonansu, konfliktu. To zjawisko dotyczy na przykład postrzegania ludzi. Kiedy spotykam kogoś pierwszy raz i widzę, że jest smutny, to jego stan wpływa na moje postrzeganie tej osoby w dalszych kontaktach. Nawet jeśli rzeczywistość temu przeczy, wychwytujemy selektywnie informacje, które potwierdzają naszą pierwszą diagnozę. Właśnie po to, aby uniknąć wspomnianego konfliktu. Ten ktoś się uśmiecha, lecz my myślimy, że się smutno uśmiecha. Jeżeli kogoś na początku znajomości przyłapiemy na oszustwie, to piętno oszusta będzie mu pewnie długo towarzyszyło. Tak jest z naszym postrzeganiem, a na nasze postrzeganie często ma wpływ formuła językowa. Jeżeli będę mówił, że wszystko jest do niczego, to być może – na zasadzie samospełniającej się prognozy, jak mówią niektórzy – tak właśnie będziemy postrzegali rzeczywistość. Ten optymistyczny ogląd świata może nam się kojarzyć z czymś zafałszowanym. Jeżeli będę wiedział, że mówię coś po to, aby się pocieszyć, jeżeli będę siebie określał jako zwycięzcę, ale będę jednocześnie świadomy, że dokonuję automanipulacji, to skuteczność sformułowania będzie dużo słabsza albo zgoła żadna. Prawdą jest, że na wielkich spotkaniach motywacyjnych okrzyki „zwyciężymy!” mogą pozytywnie wpływać na ludzi, ponieważ autentycznie chcą się oni ze zwycięstwem identyfikować. Ale tu działa też otoczenie. Skoro innym się udaje, to może i mnie się uda. Ten mechanizm jest zresztą znany od dawna. Tak się wołało, gdy się szło na wroga. Tak się przekonywało samych siebie, że Matka Boska i Jezus Chrystus są z nami, więc mamy zapewnione zwycięstwo.

KB: Przenosząc przykład na poziom zbiorowości – jeżeli wszyscy będziemy powtarzać, że ludzie są równi, to faktycznie będzie w świecie większa równość?

JB: To jest rzecz skomplikowana. Kiedy Gandhi chciał zmienić stosunek swojego społeczeństwa do pariasów, to nie zdecydował się na przekonywanie przedstawicieli wyższych kast, że pariasi są ich braćmi. Zastosował inną metodę. Pytał, kto to jest parias, i odpowiadał, że to osoba podła, oszust, złodziej, człowiek nieetyczny, a zatem powinniśmy nim gardzić. Gandhi nie zmieniał nastawienia osób, które tak uważały, ale tłumaczył na nowo znaczenie samego słowa. Wszyscy czasem postępujemy w ten sposób. Próbujemy zmienić znaczenie słowa, aby zmienić czyjś punkt widzenia. Ta metoda dziś również działa. Na przykład ktoś wykrzykuje „mohery!”, a drugi odpowiada, że owszem, jest moherem, czyli osobą przywiązaną do tradycji, kimś, kto ceni stare, dobre wartości. Wtedy wyrywa się zęby takim słowom. Ktoś może powiedzieć „ty komuchu”, a ja powiem, że komuch to ktoś, kto ceni równość społeczną, kto wierzy w sprawiedliwość dziejową. Tak można zmieniać zakres znaczeniowy słów, w zależności od własnego sposobu postrzegania. Z drugiej strony niektórym się wydaje, że sama zmiana nazwy wywoła zmianę postawy. Nie będę mówił „Cygan”, tylko powiem „Rom”. Czy to zmieni nastawienie ludzi do całej narodowości? W dłuższej perspektywie czasowej być może tak. W Rosji słowo „żid” miało złe konotacje; oznaczało i narodowość, i religię, ale wywoływało negatywne skojarzenia. Wprowadzono zatem zasadę o posługiwaniu się słowem „jewriej” (hebrajczyk). Po jakimś czasie słowo „jewriej” także zaczęło się wiązać z negatywnymi konotacjami. Z drugiej strony trudno uznać za bezsensowne świadome używanie słowa bez konotacji. Wydaje się, że dzisiaj słowo „Żyd” funkcjonuje niejako w dwie strony. Świadome używanie tego słowa nie obraża, ale słowo pozostaje w kręgu negatywnych skojarzeń poprzez kontekst, który tworzą takie hasła jak „Żydzi, Żydzi, cała Polska was się wstydzi”. Mam przyjaciela Murzyna. Kiedyś się mnie zapytał, czy można na niego mówić „Murzyn”. Odpowiedziałem: „Tak, ponieważ jesteś Murzynem, to jest naturalne”. A on się na mnie obraził. Rzecz jasna reakcje zawsze mogą być rozmaite. Kiedyś publicznie wypowiadałem się na temat słowa „pedał”. Samo słowo nie jest obraźliwe, nic takiego w nim nie ma, natomiast intencja może być negatywna. W środowisku gejowskim to słowo funkcjonuje, ma charakter żartobliwy. Wszystko zależy od intencji i wrażliwości drugiej strony. O mnie może ktoś powiedzieć, że jestem konus albo kurdupel. Owszem, jestem niski i mogę się obrazić, ale nie muszę. Może zresztą akurat coś sympatycznego myśli osoba, która mnie w ten sposób określa.

KB: Rozbieżności między deklaracją i postawą można obserwować nie tylko na poziomie jednostkowym, ale także społecznym. W rozwiniętych krajach Zachodu, przykładowo w Niemczech czy we Francji, przybysze skarżą się, że choć często w ich nowym świecie deklarowana jest pełna równość i otwartość, to w przypadku wystąpienia aspiracji wykraczających ponad stereotyp imigranta bardzo szybko natrafiają na szklany sufit.

JB: Projekt języka poprawności politycznej jest w tym sensie niedoskonały. Jeżeli świadomie w nim uczestniczymy, musimy zdawać sobie sprawę z ograniczeń, wszak ma je każdy projekt. Oczywiście wszelkie ograniczenia są postrzegane negatywnie, zwłaszcza przez tych, których wolność jest ograniczana. W języku poprawności politycznej widzę pewnego rodzaju obłudę. Jeżeli ktoś stwierdzi, że jestem puszysty, to upatruję w tym złośliwą ironię, skoro uważam siebie po prostu za osobę grubą. Podobnie, jeśli powie, że jestem reprezentantem trzeciego wieku, podczas gdy ja zwyczajnie jestem stary. Protekcjonalność czy fałszywa grzeczność jest gorsza od szczerości, naturalności i używania słów w pierwotnym znaczeniu. Dlatego nie akceptuję w pełni politycznej poprawności jako czegoś jednoznacznie pozytywnego, chociaż oczywiście intencje tego projektu można zrozumieć.

KB: A może poprawność polityczna jest projektem dla przyszłych pokoleń, które zostaną pozbawione pierwotnych negatywnych skojarzeń?

JB: A cóż znaczy to pierwotne znaczenie w tym przypadku?

KB: Kolejne generacje całkowicie wyprą negatywne treści o odmienności, ponieważ nie będzie owych treści w języku.

JB: Chciałoby się, żeby tak było. Sam język wyposaża nas zresztą w mechanizmy rozbijania negatywnych znaczeń, na przykład poprzez ironię. Są też słowa, których konotacja zastąpiła zupełnie denotację. Przecież Żyd to był ktoś, kogo nie lubimy i komu chcemy dokuczyć, zaś dzisiaj podobnie jest z komunistą. Komunistów właściwie w ogóle nie ma, a używa się tego określenia po to, aby kogoś obrazić. Mówi się na przykład „komuniści i złodzieje” – cóż za głupi zestaw słów.

KB: Czy językoznawcy badają zagadnienie kłamstwa?

JB: Nieraz zastanawiają się, czy należy ono do kwestii, którymi powinni się zajmować. I czasem stwierdzają, że owszem, należy, ale jest to jedynie rodzaj deklaracji. To wspaniałe, że możemy kłamać językiem. Gdyby można było wyrażać tylko to, co jest bezpośrednim odwzorowaniem rzeczywistości, znacznie ucierpiałyby możliwości kreatywne człowieka. W każdym razie kłamstwo jest problemem językowym, lecz obecnym nie tyle w przestrzeni badania samej materii języka, ile w sferze relacji między językiem a światem. To wymaga osobnych studiów i są one prowadzone. Porównuje się przykładowo łatwość kłamania w różnych językach, bada stosunek kłamstwa do znaczeń rozmytych i powielania stereotypów, analizuje relację kłamstwa do grzeczności językowej.

KB: Tymczasem w języku publicznym kwestia kłamstwa jest dalece bardziej ewidentna, wszak „kłamią politycy”, „kłamią dziennikarze”, „reklama kłamie”.

JB: Równie dobrze moglibyśmy powiedzieć, że kłamią hydraulicy i piekarze. Przecież kłamią, zdarza im się. Ale od nich nie oczekujemy, aby nam pokazywali świat. A politycy i dziennikarze pokazują nam świat i nieraz intencjonalnie fałszywie definiują sytuację. Ogromna część zdań, które wygłaszamy, nie jest ani prawdziwa, ani fałszywa. To zdanie, które przed chwilą wygłosiłem, też nie jest ani prawdziwe, ani fałszywe, bowiem trudno sprecyzować znaczenie słowa „ogromna”, ustalam je arbitralnie w swojej wypowiedzi. Mówię, że ktoś jest głupi. To prawda czy kłamstwo? Jeżeli mówię tak w pełni świadom, że ktoś jest mądry, jeśli chcę kogoś wprowadzić w błąd, wtedy kłamię. Ogromna część zdań w codziennym języku to zdania nieweryfikowalne i niefalsyfikowane, w tym także pytania, polecenia, zdania pozbawione czasownika. Jeżeli powiem: „Na Kowno!”, jest to prawda czy kłamstwo?

KB: Podsumowując XX w., poczynając od filozofii czy szerzej – humanistyki, skończywszy na obserwacji całej otaczającej rzeczywistości, można chyba stwierdzić, że to wiek języka.

JB: Zgadza się. Zwrócę uwagę na jeden z aspektów. Wizerunek zastąpił istotę rzeczy i my się na to godzimy. Wiemy, że wiele rzeczy robimy dla wizerunku. Public relations to cała rozbudowana gałąź, która koncentruje się na tym, jak świat pokazać, a nie jak go zmieniać. Adekwatność? Nie bardzo się liczy. Ważniejsze jest badanie, jakiego rodzaju cechy i jaki sposób ich eksponowania mogą przynieść pozytywne efekty. Cały PR może być potraktowany jako pewna filozofia kłamstwa, bo jest to rodzaj odseparowanej filozofii wizerunku. To się udało. Firmy nie tyle koncentrują się na dobrej robocie, ile na dobrym wizerunku. Jeżeli firma miałaby do wyboru robić dobry produkt i być źle postrzegana w mediach albo robić szajs i mieć dobry PR – nie mam wątpliwości, co by wybrała. To samo dotyczy wyborów osobistych. Będziesz draniem, którego wszyscy szanują, albo będziesz porządnym człowiekiem, którym wszyscy gardzą – co wybierzemy?

KB: Wydaje się, że podobny sposób myślenia jest również coraz popularniejszy w polityce.

JB: Oczywiście. Rywalizacja dotyczy tego, kto lepiej tworzy wizerunek. Politycy zwykli mawiać, że stają przed opinią publiczną, rzadziej zaś twierdzą, że stają przed narodem.

KB: Nieraz w wypowiedziach osobistości ze świata polityki można usłyszeć porównywanie (może nie wprost, ale jednak bardzo wyraźne) oponentów politycznych do nazistów czy stalinistów.

JB: Jedni drugich określają mianem komunistów, a ci drudzy swoich adwersarzy oskarżają o stosowanie bolszewickich metod. Można odnieść wrażenie, że teraz walczą u nas komuniści z bolszewikami. Na początku lat 90. w Ursusie odbył się wiec i obok siebie wystawiono tam dwa transparenty: „Kapitaliści to komuniści” oraz „Komuniści to faszyści”.

KB: Na lekkomyślnym obrzucaniu się przez osoby publiczne kalumniami cierpią relacje społeczne. Może jednak jest nadzieja na zgodne współistnienie, skoro małżonkowie też nieraz raczą się inwektywami, a mimo to żyją razem długo i szczęśliwie?

JB: Ważne, aby sobie pokazać, że wypowiadane słowa nie są zupełnie na serio. A jeżeli nie mówię na serio, to mogę to chyba odkręcić. Mawia się wprawdzie, że słowo się rzekło, lecz dziś jego moc jest inna niż kiedyś. Przypomnijmy ucztę w Kiejdanach. Uczestnicy mają wznieść toast za Karola Gustawa. Nagle wstaje Zagłoba i mówi: „On tego smoka od dawna w sercu hodował! (…) zdrajco! zdrajco! po trzykroć zdrajco!”. Wtedy ze słowa „zdrajca” coś wynikało, miało ono wielką moc. A dziś? Ileż mamy zdrady, zbrodni, hańby, z drugiej strony pełnej chwały bohaterów… Świat może być napisany na bardzo różne sposoby, dlatego rozmaite skrajne wypowiedzi traktujemy dziś z trochę większym dystansem. To, że wiemy, jak wiele może słowo, sprawia, że może ono trochę mniej.

KB: A jak przekazać tę całą złożoność językową maszynom? Jak uczynić roboty pełnoprawnymi użytkownikami języka?

JB: Trudno odpowiedzieć jednoznacznie. Na przykład ucząc dziecko języka, uczymy je jednocześnie kategorii, w których postrzega świat. W zależności od nastawienia jesteśmy bardziej skłonni hołdować perspektywie etycznej lub estetycznej. Małemu dziecku mówi się: „brzydki jesteś, bo urwałeś kotkowi ogon”. A tymczasem dziecko jest piękne, ale zachowało się źle. Ono nie postąpiło brzydko, to łajdak jest. Tymczasem mówi się „brzydki”, a nie „zły”. Jest taki stary żart. Oburzona dama wykrzykuje do mężczyzny: „Pan jest pijany, pan jest okropnie pijany, pan jest pijany jak świnia!”, zaś ten odpowiada: „A pani jest brzydka, pani jest okropnie brzydka, a ja jutro będę trzeźwy”.

KB: Gdyby całe to językowe zniuansowanie zapisać w formie zer i jedynek, to powstanie maszyna identyczna z człowiekiem? Czy jednak jest w nas jakaś boska cząstka, nie do podrobienia, która manifestuje się właśnie w tym, jak bawimy się językiem?

JB: Mam nadzieję, że jest. Mam też nadzieję, że bardzo szybko nauczymy sztuczną inteligencję opisywania świata, ale ironii nauczymy ją nieco później.


Jerzy Bralczyk

(ur. 1947 r.) polski językoznawca, profesor nauk humanistycznych, specjalista w zakresie języka mediów, reklamy i polityki. Wykłada w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie oraz w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Od 1996 r. jest członkiem Rady Języka Polskiego, a od 2003 r. zasiada w jej prezydium. Jest także członkiem Polskiego Towarzystwa Językoznawczego, Komitetu Językoznawstwa PAN, Rady Etyki i Ładu Informacyjnego przy Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie i Collegium Invisibile. Osobowość medialna; prowadzi audycje telewizyjne i radiowe, publikuje felietony.

 

 

 

Czytaj także