Obawiam się, że w Polsce nie będzie drugiej Doliny Krzemowej

Fot. Archiwum autora
Fot. Archiwum autora

Z Markiem Borzestowskim rozmawia Adam Mikołajczyk.

 

Adam Mikołajczyk: Kiedy ponad 20 lat temu zakładał pan Wirtualną Polskę, o innowacjach niewiele się mówiło. Obecnie mówi się bardzo dużo. Czy coś jeszcze się zmieniło? 

Marek Borzestowski: W tamtych czasach nie istniała infrastruktura, która się w tej chwili powoli tworzy. I to zarówno finansowa, jak i prawna. Jednak cały czas zbyt powoli buduje się świadomość, że innowacja jest istotna! Polska jest postrzegana jako dostawca taniej siły roboczej, a nie jako kraj dostarczający globalnej gospodarce produktów i usług opartych na eksporcie własności intelektualnych i prawnych w postaci praw autorskich, patentów czy licencji. Światowi liderzy, tacy jak USA, Izrael czy Szwecja, dużą część swoich przychodów generują właśnie dzięki takiemu eksportowi, czy to w postaci oprogramowania, piosenki, filmu, czy schematu urządzenia przemysłowego. Innowacje w polskiej gospodarce są nieodzowne, jeśli chcemy uciec z pułapki średniego rozwoju, o której się tak dużo mówi od wielu lat. Ten proces został już zapoczątkowany, stworzone zostały narzędzia finansowe wspierające innowacje w postaci środków prywatnych i publicznych, w tym funduszy europejskich. Pod tym względem jest lepiej. Kiedy tworzyłem Wirtualną Polskę, w kraju nie działały fundusze inwestujące w spółki innowacyjne – dziś mamy ich w Polsce około 100, a zamożni obywatele coraz częściej inwestują w takie podmioty samodzielnie lub organizują się w sieci aniołów biznesu. Nastąpiły także zmiany, jeżeli chodzi o uczelnie wyższe, zarówno prawne, jak i świadomościowe. To tu moim zdaniem projekty innowacyjne powinny się rodzić i tu komercjalizować.

AM: Co zatem należy zrobić, by się komercjalizowały? Co hamuje rozwój innowacyjności w Polsce?

MB: Jest wiele czynników kształtujących rozwój komercjalizacji osiągnięć naukowych. Z mojej perspektywy najważniejsza jest kwestia czynnika ludzkiego, mentalności, powiązanych uwarunkowań. W wielu krajach Europy Zachodniej, takich jak Holandia czy Szwecja, od wieków kultywowany jest etos pracy, przedsiębiorczości, zarabiania pieniędzy. Polska przez kilkaset ostatnich lat nie zbudowała silnych fundamentów nowoczesnej gospodarki, zarówno w sferze kapitałowej, jak i intelektualnej. Kraj jest cały czas na dorobku. Nasze nawyki partyzanckiej wojny, strategii „uderz i uciekaj” są trwale obecne w prozaicznych zachowaniach, codziennych postawach. Nie ma kultury metodycznego budowania, tworzenia wartości w długim okresie czasu. Mamy niewiele przykładów rodzinnych firm, które rozwijały się przez kilka dekad, bo historycznie nigdy nie mieliśmy czasu na taki rozwój. Od końca XVIII w. naszym krajem targały wojny i powstania. Druga wojna światowa i komunizm dopełniły dzieła wyniszczenia kraju zarówno pod względem materialnym, jak i ludzkim. 
Ważnym aspektem w procesie budowy innowacyjnej gospodarki jest zdolność kraju do pozyskania talentów z innych krajów. Obecnie w USA 30 proc. startupów zakładają przedsiębiorcy, którzy się tam nie urodzili, lecz przyjechali z Indii, Pakistanu, Polski, Ukrainy. To efekt przemyślanej polityki. Od 1997 r. wartość tę podwojono, mając na uwadze m.in. fakt, że aż co drugi imigrant w Stanach otwiera własny biznes. Wśród obywateli urodzonych w kraju „zaledwie” co czwarty decyduje się na taką działalność. Podobnie jest w Izraelu, który w latach 90. przyjął milion emigrantów z krajów byłego ZSRR. Można zatem stwierdzić, że o sile współczesnych gospodarek świadczy także zdolność pozyskiwania talentów – zachęcania wybitnych jednostek, aby się w danym kraju osiedlały, żyły, rozwijały. Widać to wyraźnie w badaniach: Szwecja i Niemcy plasują się w pierwszej dziesiątce krajów najchętniej wybieranych przez wynalazców, Polska jest w czwartej i pnie się w górę wolniej niż Czechy czy Estonia. Mieliśmy w naszej historii wiele przykładów tego typu „importu”, mniej lub bardziej udanych. Jednym z nich jest francuski wynalazca Éleuthère Irénée du Pont, który został zaproszony do Polski pod koniec XVIII w. przez króla Stanisława Augusta, aby pomóc w budowaniu przemysłu chemicznego. Podpisał kontrakt na 10 lat. Po roku zrezygnował, pisząc do przyjaciół, że Polacy to naród kłótliwy i zanim zrobią coś nowego, to zdążą to 10 razy wywrócić do góry nogami. I wyemigrował do USA, gdzie założył firmę, która do dziś znana jest pod nazwą DuPont i jest jednym z największych koncernów chemicznych na świecie. Na szczęście w polskiej historii znaleźć można także przykłady bardziej udanego modelu importu talentów. I tak na przykład rozwój Żyrardowa nastąpił dzięki niejakiemu Filipowi de Girard, który sprowadził do Polski nowoczesną (jak na początek XIX w.) technologię tkania lnu. Samuel Gerlach, Wincenty Norblin czy Karol Ernest Wedel to nazwiska osób dobrze znanych w polskiej historii przemysłu, które wybrały Polskę i pozostawiły po sobie wspaniałe firmy. Mało kto pamięta, że to efekty importu talentów. Na świecie pozostała za to świadomość wygrywających produktów made in Poland. Już w XIX w. ustawodawca tworzył wiele zachęt dla ludzi, którzy chcieli rozwijać nowoczesną technologię nad Wisłą, w tym korzyści fiskalne. Dziś na świecie stosuje się inne magnesy przyciągające przedsiębiorców ze świata (a więc i polskich absolwentów, którzy nie widzą w kraju dobrej alternatywy dla emigracji na Zachód), Polska również powinna pójść tą drogą.

AM: Założona przez pana fundacja Startup Hub Poland ma pełnić właśnie taką rolę? 

MB: Startup Hub Poland powstała, by promować Polskę jako kraj największych szans rozwojowych na świecie. Pracujemy nad tym, żeby wizerunek ten odzwierciedlał autentyczne możliwości dostępne w Polsce, i przyciągamy talenty, wspierając je w komercjalizacji przedsięwzięć high-tech oraz pomagając w osiedleniu się w naszym kraju. Mamy coraz więcej przykładów innowacyjnych startupów, których założyciele wybrali Polskę jako kraj, w którym chcą budować swoje firmy. Szczególnie ważna dla Startup Hub Poland jest praca na rzecz Polaków, którzy opuścili ojczyznę lub planują to zrobić w niedalekiej przyszłości. Nie jest łatwo odzyskać ich zaufanie do kraju, ale z roku na rok coraz więcej talentów udaje nam się przekonać, że dla innowacyjnego biznesu nie ma dziś lepszego miejsca niż Polska. Przećwiczyliśmy wiele modeli i sposobów rywalizacji o pionierów biznesu z kraju, Europy Wschodniej i polskiej emigracji. Po kilku latach działalności nasza fundacja chce przeskalować wypracowane metody. Z optymizmem podchodzimy do inicjatywy premiera Morawieckiego, który wielokrotnie akcentował ten kierunek. Powołana przez niego Rada ds. Innowacyjności ma możliwości szybkiej implementacji najlepszych rozwiązań. Myślę, że ma ona dużą rolę do odegrania, ale ocenimy ją, jak będą efekty. 

AM: W ramach funduszu Giza Polish Ventures współpracuje pan z Izraelczykami. Jaki model innowacyjności tam występuje?

MB: Zawsze mnie frapowało, jak to jest możliwe, że Izraelczycy, naród wtłoczony pomiędzy pustynię a wrogo nastawianych sąsiadów, budują gospodarkę, która generuje tak dużą ilość innowacji. Porównanie doświadczeń izraelskich i amerykańskich uświadomiło mi, że częste osobiste kontakty z przedstawicielami branż, którzy na co dzień pracują w międzynarodowych korporacjach, działach R&D, oraz analiza światowych trendów technologicznych owocują wiedzą o kierunkach rozwoju rynku według firm typu IBM czy Pfizer. Tego rodzaju wiedza pozwala budować strategię badań i rozwoju w oparciu o rzeczywiste potrzeby rynku. Izraelczycy wychodzą z założenia, że ich startup technologiczny dostarczy szybciej rozwiązanie danego problemu niż dział badawczy dużej korporacji. I to się sprawdza. Taki jest model innowacji Izraela. Amerykanie działają zgoła inaczej. Zasoby finansowe oraz innowacyjność marketerów pomagają w budowaniu globalnych technologicznych marek, takich jak Facebook, Google, Cisco. Izraelczycy tak nie robią, tam tworzy się technologię dla globalnych brandów. My w Polsce też musimy się zastanowić, jaka ma być droga polskiej innowacyjności. Ktoś musi zbudować wizję.

AM: To prawda. Niemniej jednak i bez tej wizji środowisko startupowe chyba dobrze się rozwija nad Wisłą?

MB: Poza kilkoma czy kilkunastoma optymistycznymi przykładami moim zdaniem polska scena startupowa trochę dusi się we własnym sosie. Tymczasem na świecie scena innowacyjna orientuje się na zewnątrz. Dla wspomnianych Izraelczyków kontakty w Kanadzie, Singapurze czy w Nowym Jorku to must have. Nie boją się jeździć, rozmawiać, mają globalną świadomość wyzwań i szans. Jak ląduję w Kalifornii, to nie zamykam się w hotelu i nie zastanawiam, co tu zrobić, do kogo zadzwonić, tylko kontaktuję się z osobą, która mnie przedstawi czterem swoim znajomym, a oni przedstawiają mnie swoim czterem znajomym i w ciągu tygodnia zaczynam funkcjonować i rozmawiać o swoim pomyśle z decyzyjnymi ludźmi. W Polsce też coś się powoli zmienia, jednak jest to długotrwały proces. Zmiany zachodzą na naszych oczach swoim tempem. Nie wiem, czy można je jakoś fundamentalnie przyspieszyć.

AM: Zdradzi pan, w co inwestuje pana fundusz Giza? Jakie są kryteria doboru spółek?

MB: Mimo tego, że wywodzę się z branży internetowej, komputerowej, inwestycje w tym obszarze nie są jedynymi, którymi zajmuje się nasz fundusz. Branża informatyczna daje oczywiście duże stopy zwrotu z inwestycji, natomiast w tym segmencie mamy do czynienia z konkurencją globalną. Wcale nie jest powiedziane, że my jesteśmy lepszymi informatykami niż Izraelczycy, Niemcy czy Amerykanie, zaś tempo zmian zachodzących w tym obszarze i wysokość środków angażowanych w marketing w bogatszych gospodarkach są często poza finansowym zasięgiem naszych firm. Obecnie inwestujemy w firmy typu Software as a Service, spółki z branży gier, bezpieczeństwa cyfrowego i Internetu Rzeczy. Firmy, w które inwestujemy, większość przychodów generują na rynkach globalnych, tak jak Vivid Games, lub regionalnych, jak Audioteka.

Interesują nas także inne obszary, w których Polacy byli tradycyjnie dobrzy, tj. chemia, biotechnologia, produkcja, przetwarzanie i przechowywanie żywności. Tu szukamy przełomowych innowacji i muszę przyznać, że obszar life science jest w Polsce bardzo ciekawy. Ostatnio zainwestowaliśmy na przykład w firmę HiProMine, największą w tej części świata fabrykę owadów, gdyż uważamy, że białko i inne produkty pochodzące od owadów będą stanowiły istotny element zarówno w procesie hodowli zwierząt, jak również – biorąc pod uwagę globalny deficyt wody i lokalne niedobory żywności – ważny element naszej diety.

AM: To nie są tylko polskie spółki? 

MB: Zespoły są albo wyłącznie polskie, albo mieszane. Nasza zasada, niezależnie od narodowości zespołu, jest taka, że spółki są polskie. Chcemy w Polsce łączyć zespoły ze względu na kompetencje, a nie narodowość. Przykładem takiej spółki może być firma Holo Surgical, która opracowuje system augmented  reality (rozszerzonej rzeczywistości) do operacji neurochirurgicznych na kręgosłupie. Jej założycielem jest Polak, doktor Kris Siemionow z Chicago, ale w zespole są także naukowcy z MIT, z Argentyny, Gwatemali i Polski. Innym przykładem może być spółka Cavinnova, opracowująca urządzenia do kawitacyjnej pasteryzacji płynów, której założycielami są naukowcy z Rosji oraz Polacy.

AM: Uważa pan, że w tych mniej popularnych branżach jest większa szansa na sukces?

MB: Tak, są szanse wynikające z faktu, że procesy nie przebiegają tak szybko, jak w branży teleinformatycznej (ICT). Projekt internetowy czy informatyczny jesteśmy w stanie ocenić już w krótkim czasie po wdrożeniu, obserwując funkcjonalność na tle konkurencji, zachowania klientów, pierwsze przychody, ruch itd. Należy podkreślić, że nasi konkurenci z USA czy Izraela od początku koncentrują się na rynku globalnym. Polskie startupy to niestety często kopie projektów, które osiągnęły sukces za granicą. Oczywiście mogą sobie świetnie radzić na rynku lokalnym, jednak jeśli rezygnują z walki o globalne rynki, często przestają być w obszarze zainteresowania inwestorów venture capital. Bardzo bym chciał, żeby Polska była drugą Doliną Krzemową, ale niestety nic nie wskazuje na to, że tak rzeczywiście będzie. Jest kilka przykładów globalnych sukcesów, takich jak CD Project Red czy Life Chat z Wrocławia, ale to ciągle za mało, aby twierdzić, że polska branża ICT jest światowym potentatem. Nadal mamy szansę jako ważny komponent ekosystemu ICT na świecie, ale nie staniemy się drugą Doliną Krzemową.

Jest wiele fundamentalnych wyzwań, przed którymi stoi świat, np. systemy do przetwarzania wody, produkcji energii, produkcji żywności, ochrony zdrowia itd. Nasi naukowcy i przedsiębiorcy mają niezbędny potencjał, aby w tych obszarach generować przełomowe innowacje.

AM: A czy śledzi pan – choćby z sentymentu – poczynania Wirtualnej Polski pod nowym przywództwem?

MB: Tak, drużyna z O2 to sprawni menedżerowie, tyle że to już trochę nudny biznes…

AM: Nudny?

MB: Dla mnie nuda. (śmiech) Kiedy zaczynaliśmy, przez pierwsze pięć lat faktycznie nie było nudy, ale teraz z WP zrobił się po prostu koncern medialny, a nie spółka technologiczna. Wszystkie te ryzyka dotyczące technologii, które mieliśmy na początku, obecnie przestały istnieć. Pozostaje jedynie zadbać o kontent i organizację. Oczywiście kibicuję, potrzebny jest teraz taki w 100 proc. polski portal.


Marek Borzestowski 

przedsiębiorca, założyciel wielu firm internetowych. Posiada ponad 15 lat doświadczenia jako współwłaściciel i członek zarządu takich przedsiębiorstw, jak Wirtualna Polska, InteliWise, Gruper.pl i Mind The Kids. Założyciel Instytutu Sobieskiego, pierwszego polskiego think tanku. Poprowadzi projekt Horyzont, który jest związany z działalnością w Internecie i nowych mediach oraz rozwojem oprogramowania. Absolwent Politechniki Gdańskiej, studiował także na Uniwersytecie w Swansea w Wielkiej Brytanii. Prowadził prace badawcze w niemieckim Kernforschungszentrum w Karlsruhe.

Czytaj także