Nowe otwarcie?

Andrzej Rychard/Fot. Archiwum prywatne
Andrzej Rychard/Fot. Archiwum prywatne

Andrzej Rychard

Czy dziś Polska zmierza w nowym kierunku? Jeśli tak, to w jakim? I czy w naszych czasach możliwe jest w ogóle wytyczenie jakiegokolwiek nowego kierunku?

Niewątpliwie obecna ekipa rządząca ma taki plan polityczny, choć paradoksalnie bardziej go można odczytać z konkretnych decyzji niż z wielkich przemówień programowych. Te są bowiem zwykle ogólne, zaś decyzje – konkretne. Lecz czy politycy w wystarczającym stopniu biorą pod uwagę fakt, że ich plany nie muszą być planami społeczeństwa? I ogólniej – że zamiary polityczne, nawet jeśli są wyraźnie sformułowane, mogą mieć nikły wpływ na ostateczny kształt kraju? Ta uwaga zresztą dotyczy nie tylko ekip rządzących, ale i będących w opozycji.

Dokąd więc możemy podążać w nowej konfiguracji politycznej? Czy ta konfiguracja polityczna może mieć decydujący wpływ na kierunek polskiej marszruty? I czy w ogóle można mówić o jakiejkolwiek marszrucie, czy jedynie o kierunku nakreślonym przez lidera (jak zapewne uznają niektórzy, zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy nowej władzy).

W wyniku wyborów w 2015 r. doszła do władzy ekipa, która wygrała dzięki trafnej diagnozie, że błędem było uznanie przez poprzedni rząd, iż nie trzeba mieć marszruty, że spokojny rozwój zapewni każdemu przysłowiowa ciepła woda w kranie. Podstawa ideowa takiej polityki była jasna, wówczas nie wymagała dyskusji. Opierała się na trzech filarach: demokracji, rynku i Europie, które razem tworzyły – jak to kiedyś nazwałem – system obietnicy transformacyjnej, w tym obietnicy awansu społecznego, o ile spełni się wymogi merytokratycznego porządku. Cele były pewne, niepewna była w istocie tylko szybkość ich osiągnięcia. Jednakże po pewnym czasie same cele stały się mniej wyraźne – różnorodne kryzysy zaczęły trapić rynki, demokrację i Europę.

A przede wszystkim obietnica awansu zawarta w oczekiwaniu, że lepsze wykształcenie wystarczy do lepszej pozycji, przestawała być tak skuteczna. Ciepłej wody w kranie nie starczyło dla wszystkich. Poza tym zaczęło brakować jakiejś wyraźnej podstawy normatywnej: sama „ciepła woda” tej roli już nie pełniła, a trzy hasła wymienione wcześniej zatraciły swój blask. Dodatkowo nastąpiła depolityzacja sukcesu indywidualnego: ci, którzy go osiągnęli, nie mieli podstaw, by sądzić, że zawdzięczają go polityce; mieli prawo myśleć, że to skutek ich własnych działań. „Budujmy szpitale, nie róbmy polityki” – billboardy o takiej wymowie wieszała przecież przed jedną z kampanii wyborczych Platforma Obywatelska.

W konsekwencji nastąpiły dwa procesy: coraz trudniej było o oczekiwany awans, przynajmniej dla niektórych grup (np. absolwentów wyższych uczelni), a tam, gdzie awans następował, nie był widziany jako skutek polityki, a raczej jako rezultat własnych, niepolitycznych działań i zaradności. To prowadziło do zamykania się systemu obietnicy transformacyjnej. Pewne zwiastuny tego procesu miałem okazję opisać już w 2014 r. na tychże łamach. Pozwoliłem sobie przypomnieć elementy tej diagnozy, aby lepiej przedstawić możliwe kierunki dalszej ewolucji systemu.

Nowa władza od początku stwarzała wrażenie, że ma plan. Zarazem jednak nigdy go całościowo nie zaprezentowała, przynajmniej do tej pory. W odróżnieniu od okresu 2005–2007, gdy PiS koncentrował się głównie na języku i ideologii, teraz działa zasadniczo poprzez konkretne zmiany instytucji, zaś ideologii jest mniej. Faktem jednak jest – jak wykazała to niedawno na łamach „Polityki” Lena Kolarska-Bobińska – że wprowadzane dziś zmiany instytucjonalne wykazują znaczącą ciągłość z pomysłami PiS z lat wcześniejszych (wówczas niezrealizowanymi). Wrażenie posiadania planu jest dominujące – nawet jeśli się go nie prezentuje, to jest obecny w decyzjach.


Fot. Kamil Broszko/Broszko.com

Za bardzo ważny element tego planu uznaję przywrócenie przekonania, że indywidualna sytuacja ludzi zależy od polityki i decyzji władzy. Nowa władza, trafnie identyfikując zamykanie systemu obietnicy transformacyjnej i depolityzację sukcesu (przyczyny porażki poprzedników), przyszła z obietnicą nowego otwarcia i jej politycznego uzasadnienia. Otwarcie systemu „dla mas” polegało na uruchomieniu programu socjalnych benefitów, pośród których (poza skróceniem wieku emerytalnego) najważniejszą niewątpliwie rolę odgrywa program 500+. To bardzo skuteczne posunięcie: przez jedną decyzję wbudowuje w świadomość ludzi przekonanie, że ich indywidualna sytuacja zależy od polityki. Z kolei otwieranie systemu dla elit zaczęło oznaczać ich drastyczną wymianę w wielu wymiarach – od mediów po wojsko. Nie można wykluczyć, że w pewnych instytucjach, szczególnie tak hierarchicznie zbudowanych jak wojsko, silne oczekiwanie awansu i sztywność hierarchii powodują, że obietnica szybszego otwarcia struktury jest dobrze przyjmowana przez tych, którzy mogą mieć nadzieję na awans – abstrahując od merytorycznej wartości tego awansu. Buduje to jednak grupy zwolenników, również wyraźnie widzących związek perspektyw swego awansu z decyzjami politycznymi.

Specyficzne otwieranie systemu, którego przykłady wskazałem powyżej w konkretnych decyzjach, próbuje znaleźć swe uzasadnienie w pewnych deklaracjach programowych. Widoczne jest to w zasadzie jedynie w obszarze gospodarki, gdzie prezentowano tzw. plan Morawieckiego. Otwartość gospodarki, jej innowacyjność, rozwój polskiej przedsiębiorczości opartej na roli państwa i klasy średniej – to istotne elementy tego programu. Jednakże, jak to wielokrotnie wskazywano, plan ten wciąż nie ma wymiaru praktycznego, operacyjnego i przez swą ogólność pozostaje w niejasnej relacji do konkretnych decyzji podejmowanych na niwie politycznej. Wrócę do tego dalej.

W moim przekonaniu możliwy do odtworzenia poprzez analizę decyzji i słabiej artykułowanych elementów deklarowanego programu plan nowego otwarcia jest obarczony licznymi niespójnościami. To one powodują, że ostateczny kierunek zmian zapowiadanych przez obecną ekipę nie wydaje się tak jasny, jak niektórzy chcieliby to widzieć.

Przede wszystkim widać niespójność między celami a instrumentami. Otwieranie systemu jest w praktyce realizowane poprzez jego zamykanie dla tych, którzy są widziani jako oponenci. Jest to związane z faktem, że dominują posunięcia centralizacyjne, ograniczające autonomię ciał nominalnie i konstytucyjnie niezależnych (wśród przykładów trzeba wymienić ograniczenia niezależności Trybunału Konstytucyjnego, kontrolę mediów czy zamiar kontroli sektora pozarządowego).

W rezultacie na plan pierwszy wysuwają się instrumenty, które przysłaniają cele deklarowane. Dla każdego, kto zna logikę działań formalnych instytucji, dominacja środków nad celami i zastępowanie celów przez środki nie jest jednak niczym zaskakującym. Jak jednak można budować na przykład otwartą, innowacyjną gospodarkę, opierając się głównie na metodach centralizacyjnych?

Konsekwencją tej niespójności jest generalnie nadmierna wiara w rolę polityki i nadmierne „spolityzowanie” życia publicznego. O ile przywrócenie wagi polityki jest skądinąd słuszne, to w postaci realizowanej praktycznie prowadzi do jej patologicznej dominacji. Wola polityczna nawet ponad prawem, „bo suweren”, „bo większość” – ten typ praktyki sprawowania władzy i jej uzasadnień jest groźny dla przyszłości ładu demokratycznego i wskazywano na to wielokrotnie.

Kolejna niespójność to kwestia relacji między kosztami rozbudowanego programu socjalnego (realizowanego w praktyce) a deklarowanego programu rozwojowego. Tej niespójności do tej pory nie widać być może tylko dlatego, że program rozwojowy wciąż bardziej pozostaje na etapie deklaracji niż realizacji.

Dodajmy do tego pewną potencjalną niespójność polegającą na tym, że PiS (zresztą podobnie jak większość polskich partii politycznych) buduje swe powodzenie, odwołując się bardziej do przegranych niż do wygranych. Generalnie w polityce – nie tylko polskiej – gdy odwołujesz się do wygranych, to przegrywasz, a gdy do tych, których nazywasz przegranymi, masz szanse wygrać. Jednak gdy już skutecznie zaopiekujesz się przegranymi, to przestaną oni takimi być i możesz tracić swą bazę. Nie chcę prowadzić do diabolicznej konkluzji, że w interesie polityków jest hamowanie rozwoju, aby zawsze byli jacyś przegrani. Wskazuję tylko, że ich istnienie, a w każdym razie istnienie grup, które wierzą, że są przegrane, jest w pewnym sensie politycznie potrzebne, stanowi to – cynicznie mówiąc – polityczny zasób.

Wreszcie – i jest to być może najważniejszy rodzaj niespójności – kwestia efektywności podejmowanych działań. PiS (a szczególnie jego lider) skutecznie wytworzył wizerunek siły, która realizuje to, co zamierza, a zarazem to, co się realizuje – czymkolwiek by to nie było – jest skutkiem jej zamierzeń. Tymczasem od początku wobec wielu posunięć centralizacyjnych, ograniczających poziom autonomii różnych instytucji, narastały protesty. Narodził się nawet ruch protestu, zapoczątkowany sprzeciwem wobec zmian dotyczących Trybunału Konstytucyjnego. Co więcej, wykroczył poza wielkie miasta, w szczególnych, konkretnych kwestiach (np. próby zaostrzenia prawa aborcyjnego) obejmując pewne elementy tradycyjnego „matecznika” PiS, czyli mniejsze ośrodki. A to już mocno burzyło wizerunek partii jako załatwiającej wszystko szybko i bezkonfliktowo. Nawiasem mówiąc, „czarny protest” stanowił wersję à rebours odbudowy związku między polityką a sytuacją osobistą, w tym wypadku kobiet. Tu też zamiar polityczny wpływał na konkretną sytuację ludzi – tym razem jednak negatywnie, a nie pozytywnie. Paradoksalnie więc odbudowa „polityczności” zwracała się przeciw jej autorom. Dodatkowo mogło to być wskazówką dla opozycji, że szansą na odzyskiwanie jej sił jest właśnie ukazywanie związków polityki z sytuacją i szansami ludzi, a nie depolityzowanie, czyli anihilacja tego związku.

Siła protestów powodowała, że PiS zmuszony był niekiedy wycofywać się – jak choćby w przypadku „czarnego protestu”. I choć nawet rozpoczęty w grudniu 2016 r. kryzys sejmowy zakończył się formalnym pokonaniem opozycji (bo i jak mogło być inaczej, skoro ex definitione opozycja jest mniejszością), to nawet on pokazał niepełną skuteczność PiS w zarządzaniu kryzysami. To przecież niesprawność marszałka Sejmu ów kryzys wywołała. Warto wspomnieć, że i w tym wypadku pojawiły się wśród komentatorów interpretacje, że wszystko było zaplanowane przez prezesa Kaczyńskiego. Gdyby tak było, to i poseł Michał Szczerba wraz ze swym niedokończonym zdaniem musiałby być elementem tego planu. Zapewne było inaczej: to nieoczekiwana nieskuteczność marszałka Sejmu stała się dla lidera PiS impulsem do próby sił, do okiełznania spontanicznie powstałego kryzysu.

Wskazuję tu bardziej na niejasności i niepewności związane z nową rzeczywistością polityczną niż na jasny i klarowny kierunek przemian. Obecna ekipa objęła władzę w sytuacji narastającej niepewności zarówno w Polsce, jak i na świecie. Rządzący redukują tę niepewność tylko w ograniczonym stopniu, zaś generalnie jej poziom wzrasta, choć akurat nie tylko w związku z działaniami sprawujących władzę.

O wymiarze międzynarodowym wspomnę dalej. Teraz zaznaczę tylko, że jednym z celów tej władzy zdawało się być zmniejszenie wykluczenia i frustracji. To być może na pewnym poziomie i w pewnych grupach następuje – nie można zamykać oczu na pozytywne wciąż dla rządzących wyniki sondaży, a przede wszystkim trzeba widzieć trafną diagnozę i będące jej skutkiem pewne posunięcia socjalne. Ale też pojawia się nowy typ wykluczenia („gorszy sort”) i pogłębia się konflikt polityczny. Efekt końcowy, przynajmniej jak do tej pory, jest co najmniej niejednoznaczny.

Zarazem jednak widzimy, że zmiana polityczna, która dokonała się w Polsce jesienią zeszłego roku, to nie tylko prosta zmiana ekipy rządzącej. To przejęcie władzy przez ekipę, która realizuje program zmiany systemowej. I jest tak niezależnie od tego, czy program ten jest do końca wyartykułowany i czy jego realizacja jest do końca skuteczna – zarysy są widoczne. Jest to próba zmiany systemowej, gdyż dotyczy zmian podstawowych elementów ładu instytucjonalnego.

O tym, że skuteczność nie jest pewna, przesądza natura procesu politycznego. Nie powinniśmy analizować polityki w języku i kategoriach, które sami politycy chcą nam narzucić. Nie przeceniajmy więc ich skuteczności – ani jako ich zwolennicy (co za genialni stratedzy!), ani jako ich przeciwnicy (co za diaboliczny spisek!). Raczej jako analitycy przyjmijmy rolę obserwatora. Wtedy widać, że wbrew pozorom „system PiS” nie jest tak prosty i łatwy do zrozumienia. A tworzy takie wrażenie. Coraz częściej słyszymy opinie, że poprzez kontrolę i centralizację buduje się system autorytarny. Nie wiem, czy taki będzie rezultat. Nie wiem nawet, czy taka jest intencja (raczej w to wątpię). Ale przede wszystkim sądzę, że rezultat procesu politycznego tylko w niewielkim stopniu zależy od zamiaru początkowego i od intencji. To wypadkowa wielu procesów, zaplanowanych i spontanicznych, wielu napięć wewnętrznych; są one w każdej ekipie politycznej. W konsekwencji systemy instytucjonalne, w tym polityczne, są o wiele bardziej skomplikowane, niż same się prezentują. Zachowując wszelkie proporcje (i naprawdę pamiętając o zasadniczych odmiennościach), można stwierdzić, że komunizm był o wiele bardziej skomplikowany w swej praktyce instytucjonalnej, niż sam prezentował się w swej ideologii i – à rebours – bywał prezentowany w uproszczonej sowietologii.

Jednym z elementów utrudniających realizację wszelkich zamiarów politycznych, w tym zamiarów obecnej ekipy, jest dziedzictwo przeszłości. W tym wypadku chodzi o niemal 30 lat. Przez ten czas wyrosło nowe pokolenie, które swe pozycje, kariery, powodzenie (ale i niepowodzenia) związało z mijającym 30-leciem. To całe grupy społeczne, niekiedy wręcz zaczątki klas (klasa średnia). To grupy, dla których ład demokratyczny jest w sporym stopniu gwarancją ich pozycji. I tego ładu będą bronić, nawet jeśli dla części z nich, szczególnie dla młodszych, obietnica awansu od pewnego czasu – ze względu na zamykanie systemu – przestała być tak bardzo widoczna. Ponadto trzeba pamiętać, że dezawuowanie przeszłości transforma-cyjnej (głównie okresu rządzącej koalicji pod wodzą PO) oznacza też dla wielu ludzi dezawuowanie ich indywidualnej przeszłości, a tego nikt nie lubi. Może to być więc nawet nie tylko nieskuteczne, co kontrproduktywne. Bagaż przeszłości zawsze więc ogranicza plastyczność społeczeństw, co nie zawsze dostrzegają politycy. Poza tym ten bagaż nie zawsze jest obciążeniem, może być kapitałem, tak jak w Polsce, gdzie mimo wielu niedoskonałości i problemów wyrosło jednak pokolenie związane z rynkiem i demokracją nie tylko swymi wartościami, ale i interesami, w dobrym sensie tego słowa.

Jednym z czynników ograniczających swobodę rządzących jest też sytuacja międzynarodowa. Ona zwiększa poziom niepewności, szczególnie dziś i szczególnie w Europie. A tu niepokoi brak wyraźnej wizji miejsca Polski w Europie. Moim zdaniem polską racją stanu jest silna, a nie słaba integracja europejska. Zamiast tego widzimy zaangażowanie w budowę prawdopodobnie utopijnych koncepcji typu Międzymorze, pogarszanie relacji z głównymi partnerami unijnymi. Jeden z komentatorów powiedział niedawno, że to infantylna polityka. Niestety, obawiam się, iż to może być jej główną zaletą: infantylna znaczy tyle, co nierealistyczna. A więc na szczęście nie zmaterializowałaby się. Ale szkoda czasu, który politycy mogliby poświęcić na koncepcje realistycznego wzmocnienia polskiej pozycji. Pozycji służącej odtwarzaniu Europy, a nie biernemu patrzeniu na jej słabnięcie czy nawet życzliwemu kibicowaniu temu procesowi.

Na ostateczny efekt zmiany systemowej w Polsce jakiś wpływ powinna mieć polityczna opozycja. Ona jednak wciąż wydaje się nie mieć jasnego, systemowego programu, mówiącego, dlaczego chciałaby władzę uzyskać (odzyskać). Program typu „odsunąć PiS od władzy” to oczywiście za mało, nawet biorąc pod uwagę fakt, że obecna ekipa wprowadziła już tyle zmian instytucjonalnych, że i samo ich odwrócenie wydawać się może niektórym politykom opozycji za wystarczające. Uważam, że zachodzące zmiany – mimo swego radykalizmu – mają odwracalny charakter. Tyle że zarówno ich wprowadzanie, jak i odwracanie obniża jakość standardów życia instytucjonalnego i czyni je jeszcze słabszymi. Chcę wyraźnie powiedzieć: jeżeli to, co robią obecnie sprawujący władzę, można określić mianem rewolucji, która w znacznej mierze budzi obawy, to w nie mniejszym stopniu napawa lękiem ewentualna kontrrewolucja, któ-ra nie będzie miała celu innego niż tylko obalenie poprzedników i której autorzy nie będą pamiętać, że to trafna diagnoza, a nie błędy politycznego marketingu, wyniosły do władzy obecnie rządzących.


Andrzej Rychard

(ur. 1951 r.) socjolog, profesor nauk humanistycznych, nauczyciel akademicki, dyrektor Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, członek korespondent Polskiej Akademii Nauk. Był członkiem zarządu Fundacji im. Stefana Batorego, a także wykładowcą na Wydziale Nauk Humanistycznych i Społecznych SWPS. Członek Collegium Invisibile, przewodniczący Komitetu Narodowego ds. Współpracy z Międzynarodową Radą Nauk Społecznych (ICSS) w ramach Polskiej Akademii Nauk.

 

 

 

 

Czytaj także