Mam stale w głowie melodię i rytm

Fot. Bartosz Maciejewski
Fot. Bartosz Maciejewski

O Nowym Jorku, jazzie i życiowym bałaganie z Michałem Urbaniakiem rozmawia Anna Tatarewicz.

Anna Tatarewicz: Czuje się pan bardziej Polakiem czy Amerykaninem?

Michał Urbaniak: Czuję się obywatelem świata. Zawsze się tak czułem, także wtedy, gdy jako młody chłopak mieszkałem w Łodzi. Nigdy nie ukrywałem, że jestem Polakiem. W mojej muzyce często słychać polskie elementy ludowe. Jednak to Nowy Jork jest centrum mojego świata.

AT: Dlaczego akurat Nowy Jork?

MU: Był moim marzeniem od dziecka. Pamiętam, jakby to było dzisiaj: stoję na Piotrkowskiej w Łodzi, wychodzę z Grand Hotelu, vis-à-vis mnie dwa plakaty filmowe. Z jednego spogląda James Dean, z drugiego – Audrey Hepburn i Gregory Peck. Innym razem w Głosie Ameryki usłyszałem prawdziwy jazz, blues, pierwsze utwory rock’n’rollowe. Do dziś pamiętam boogie-woogie Billa Haleya… Połknąłem bakcyla. Młody wirtuoz skrzypiec zakochał się w Ameryce. Zaczął się uczyć gry na gitarze i obiecał sobie, że zamieszka w Nowym Jorku. I stało się. Dwa lata później zostałem stypendystą Departamentu Stanu razem z zespołem Andrzeja Trzaskowskiego – The Wreckers. Byliśmy najlepszą grupą jazzową zza żelaznej kurtyny! Prawdziwe dream come true. Wtedy postanowiłem wrócić na stałe do Nowego Jorku, ale już z własną muzyką. Po wielu latach podróży i koncertowania w Skandynawii i Europie dostałem nagrodę Grand Prix dla najlepszego solisty Festiwalu Jazzowego w Montreux w Szwajcarii – stypendium w słynnej Berklee College of Music. Wprawdzie nie skorzystałem z niego, ale do Ameryki i tak się przeprowadziłem (11 września 1973 r.).

AT: W Nowym Jorku żyje się szybciej niż w Warszawie?

MU: Jako młody obywatel świata żyłem tam bardzo szybko. Dziś żyję trochę wolniej. Wiele lat wspomagałem swoją sprawność, codziennie grając w tenisa!

AT: Za czym pan tęskni, będąc w Polsce?

MU: Kiedy jestem w Polsce, tęsknię za Nowym Jorkiem. To poniekąd tęsknota za młodością. Wtedy miałem siłę, by biegać i zdobywać to fascynujące miasto. Dziś Nowy Jork jest zupełnie inny, choć nadal fantastyczny.

AT: Udało się trochę zwolnić?

MU: Mam zdecydowanie naturę podróżnika i tak też wygląda moje życie: taksówka, hotel, samolot, taksówka, hotel, samolot… Jeżeli gdzieś zostaję na dłużej, to wyłącznie ze względu na realizowane projekty. Dziś często zabierają mi one więcej czasu niż przed 30 laty. Poza tym są poważniejsze niż te z czasów młodości. 27 stycznia 1995 r. odbyła się premiera koncertu „UrbSymphony”, na którym po raz pierwszy w historii raper wystąpił z zespołem jazzowym i orkiestrą symfoniczną. To wciąż mój najważniejszy projekt , który rozwijam i nad którym pracuję. Ostatnio zagrałem – wraz moim zespołem i raperem – świetny koncert ze wspaniałą orkiestrą Filharmonii Narodowej pod batutą maestra Jerzego Maksymiuka. Takie przedsięwzięcia są bardzo  czasochłonne. Zatem zwolniłem, ale nadal koncertuję po obu stronach oceanu.

AT: Ma pan słabość do rapu?

MU: To nie słabość, to miłość! Rap, podobnie jak jazz, jest czarną muzyką. Tworzący go ludzie są młodsi, dlatego przywalili mocniej, dosadniej, energiczniej, także w tekstach. Stąd te pozorne różnice. Ale emocje są identyczne. Rap jest jazzem. To jest ta sama muzyka, ten sam feeling. Oczywiście bywa jazz spokojniejszy, jazz w garniturze, zaś rap to jazz w za dużych dżinsach.

AT: Co takiego jest w jazzie, że poświęcił mu pan całe swoje życie?

MU: Zakochałem się. Na początku w muzyce w ogóle. Już jako sześcioletni chłopak grałem klasykę, do dziś ją kocham. Staram się ją z jazzem pogodzić. Kiedyś profesorowie bili po łapach za każdy akord jazzowy. Takie wstawki, próby łączenia, były wtedy niedopuszczalne. W czasach komuny jazz był furtką do wolności. Nie trzeba było nic mówić. Wystarczyło go grać i każdy wiedział, że to oznacza wyciągnięty środkowy palec. Granie jazzu, ubieranie się jak Amerykanin, udawanie, że zna się angielski, gdy w rzeczywistości umiało się tylko wymawiać tytuły utworów – to była taka młodzieńcza, cudowna bufonada.

AT: Trudno było zaistnieć w muzycznym Nowym Jorku?

MU: Było to absolutnie niemożliwe. Tamtejsi muzycy nazywali tego typu marzenia Polish jokes. Z drugiej strony miałem poczcie, że to jest wykonalne i łatwe. I to uczucie pamiętam do dziś. Ula Dudziak, która wtedy była moją żoną, często miała mnie za wariata. Chciała wracać do Zielonej Góry, bała się, że nie damy rady. Potem stała się integralną częścią mojego zespołu i mojej muzyki fusion. A ja wiedziałem, że nam się uda. Byłem pewien, że nie możemy tej szansy zmarnować. I cztery miesiące później mieliśmy już podpisany kontrakt z wytwórnią Columbia.

AT: Czy dziś możemy nadal mówić o polskiej szkole jazzu?

MU: Owszem, jeśli weźmiemy pod uwagę osiągnięcia Krzysia Komedy, Zbyszka Namysłowskiego, Romana Dyląga, Andrzeja Trzaskowskiego, Wojtka Karolaka…

AT: I pańskie.

MU: Mnie trochę wyklęli za tę moją czarność… Byłem w tym gronie najmłodszy. Z jednej strony uczyłem się od nich, a z drugiej wnosiłem świeżość, energię i nieco inne spojrzenie na jazz.

AT: Obserwuje pan, co się dziś dzieje na polskiej scenie muzycznej?

MU: Dziesięć lat temu niezależni artyści korzystali z Internetu – w nim prezentowali swoją twórczość. W ten sposób zdobywali publiczność i nieraz osiągali spory sukces. Kilka lat temu wielkie firmy fonograficzne zauważyły, że istnieje Internet. W efekcie mamy dziś natłok artystów i wytwórni. Zawsze będę powtarzał, że księgowi nie powinni rządzić muzyką. Pieniądze są ważne, ale nie można ludziom oferować bylejakości! Potrzebujemy czasu, by cały ten nadmiar się zredukował. Zostaną najlepsi. Dobra muzyka zawsze się obroni.

         

AT: Dobra muzyka, czyli jaka?

MU: Dobra muzyka to ta, która porusza, która wywołuje radość, wzruszenie, melancholię czy uniesienie. Dobrej muzyki nie mierzymy ilością wykonań. Bo cóż to znaczy? Jedynie tyle, że kilka osób więcej miało okazję jej posłuchać.

AT: Dawniej muzykom było łatwiej?

MU: Nie było nam łatwo. Kontrakty dostawali tylko wybrani. Mając najlepszy zespół – mówię tutaj o czasach, gdy grałem z Marcusem Millerem, Lennym Whitem, Kennym Kirklandem i Bernardem Wrightem – byłem pewien, że gdy odpowiednie osoby pojawią się na naszym koncercie, dostaniemy kontrakt. Nie udało się, 50 nieznanych zespołów miało więcej szczęścia. A recenzje owego koncertu były znakomite. Krytycy twierdzili, że „to być może najlepszy koncert i zespół w stylu fusion”. Był to nasz najlepszy występ. I tak właśnie w tym biznesie bywa. Trzeba być w swoim graniu konsekwentnym, nie można się zrażać, choćby czasy były niewyobrażalnie trudne.

AT: Potrzebna jest jednak odrobina szczęścia…

MU: Ale samo szczęście nie wystarczy. Ważny jest moment, w którym pojawia się szansa. Nie można go przegapić. Kluczowa jest jednak praca. Gdy uczciwie robi się to, co się kocha, wtedy praca jest największą przyjemnością, źródłem radości i motywacji. Sukces sam się w końcu pojawi.

AT: Urbanator Days to projekt, który daje młodym ludziom szansę na zaistnienie w świecie muzycznym?

MU: Nigdy nie chciałem być nauczycielem teoretykiem. Zależało mi na inicjowaniu spotkań początkujących młodych artystów z największymi osobowościami światowej muzyki, stworzeniu możliwości wspólnego grania na scenie ramię w ramię. Wiem, że dzięki współpracy z doświadczonymi twórcami młodzi dostają skrzydeł. Sprowadzając muzyków aktualnie grających na scenach światowych, pilnujemy wysokiego poziomu muzyki. Nazywam tę inicjatywę „towarzystwem krzewienia prawdziwej kultury muzyki rytmicznej”. A prawda w każdej sztuce jest sprawą podstawową i naprawdę najważniejszą!

AT: Bycie muzykiem to ciężka praca czy dobra zabawa?

MU: To przede wszystkim radość tworzenia. Przez całe życie non stop w mojej głowie gra jakaś melodia, jakiś rytm. Noszę przy sobie komputer, by móc notować pomysły. A tych mam ostatnio więcej niż realizacji. To wina artystycznego bałaganu, w którym żyję. Inaczej jest, gdy mam zadanie –ktoś zamawia u mnie muzykę lub podejmujemy decyzję, że robimy płytę, muzykę filmową czy remiksy. Wtedy jestem bardziej zdyscyplinowany. Na co dzień jednak panuje w moim życiu zbyt duża swoboda artystyczno-bałaganiarska. Choć słowo „jazz” oznacza przecież bałagan. Wygląda więc na to, że naprawdę jestem jazzmanem.

AT: Tworzenie muzyki filmowej jest bardziej uporządkowane?

MU: To jest specyficzny proces, w którym mój talent, wyobraźnia i know-how zostają podporządkowane cudzej wizji. Wśród filmowców istnieje taka tendencja, że przypominają sobie o muzyce do filmu, gdy tak naprawdę kończą już jego realizację. W świecie muzyki jest kilku świetnych i szybkich twórców, którzy zajmują się wyłącznie muzyką filmową, jednak nie jestem jednym z nich. Nie komponuję szybko, muszę poznać, poczuć temat… Pięknym okresem dla muzyki były lata 50. i 60. XX w., kiedy jazz i film właściwie nie mogły bez siebie istnieć. Mam nadzieję, że ta symbioza na nowo się nawiąże.

AT: Najlepsze lata jazz ma już za sobą?

MU: Najlepsze czasy dla jazzu dopiero nadchodzą! Każda muzyka ma w sobie pierwiastek jazzu. Musimy pamiętać, że młodzież w końcu dorasta. Również wszyscy hip-hopowcy, których wielu pojawiło się w ostatnich latach na polskiej scenie muzycznej. Oni wyrastają z czasem z tej estetyki, poważnieją, zakładają rodziny, garnitury… A feeling w jazzie i hip-hopie jest ten sam. Najbliżej będzie im właśnie do jazzu. Widzę także, że w Polsce jest coraz więcej młodzieży, która gra jazz. I to taki prawdziwy, czarny, amerykański. Taki, jakim został stworzony.


Fot. Bartosz Maciejewski

AT: Technologia wpłynęła na sam proces tworzenia muzyki?

MU: I to straszliwie. Dziś każdy, nawet ten, kto nie ma pojęcia o komponowaniu, nie umie czytać nut, może tworzyć muzykę. To oczywiście zaowocowało nadmiarem twórców. Zrobił się straszny tłok w muzycznym świecie, wręcz śmietnik. Znajdziemy w nim dużo bzdur, ale wśród nich są także perełki. Technologia sprawiła, że dziś najważniejsza jest wyobraźnia i wrażliwość na dźwięk. Każdy, kto je ma, może tworzyć muzykę.

Całe życie udawało mi się nadążać za rozwojem technologii. Do dziś interesują mnie telefony, komputery, cały czas uczę się obsługi kolejnych programów… Dla mnie to jednak bardziej sposób na poznanie wroga, kontynuacja muzycznego rozwoju. W końcu dałem się wyprzedzić. Technologia dla 18-latka jest środowiskiem naturalnym, ale taki chłopak często nie wie, jak wygląda klawiatura fortepianu. Komponuje tylko dzięki programom i technologii. Młodzi mają dziś zupełnie inne podejście do tworzenia. Od razu planują, jak zrobić deal. Są bardzo kreatywni, zdolni, ale myślą zupełnie inaczej.

Technologia doprowadziła do tego, że mamy dziś natłok twórców. Przeciętnemu człowiekowi trudno się w tym odnaleźć, szczególnie gdy chce świadomie poruszać się w świecie muzyki. To się będzie musiało wkrótce zmienić, zostaną najlepsi. Tak już się stało z hip-hopem. Jeszcze kilka lat temu każdy, kto miał za duże dżinsy i umiał powiedzieć „joł”, był raperem. Nazwałem to zjawisko „rapco polo”.

Dzięki tamtemu nadmiarowi pojawili się jednak wspaniali artyści, jak O.S.T.R. czy Sokół.

AT: Polacy są wrażliwi na jazz? Są dobrymi słuchaczami?

MU: Przede wszystkim młodzież, szczególnie ta słuchająca hip-hopu. Poza tym często spotykam ludzi, którzy mówią: „Panie Michale, ja nie rozumiem jazzu, ale kocham pańską muzykę”. Nie ma dla mnie większego komplementu. Moja muzyka porusza.

AT: A co na to krytycy?

MU: Zarzucają mi komercję. Mam jednak wrażenie, że źle pojmujemy tę kwestię w kontekście sztuki. Przecież obraz van Gogha sprzedany za odpowiednio wysoką stawkę też będzie komercyjny, a nie straci nic ze swojej wielkości. Jeśli jednak coś tworzone jest pod publiczkę, to nie jest komercją, tylko najczęściej gniotem. Nazywajmy rzeczy po imieniu.

AT: Czym w najbliższym czasie będzie się zajmował Michał Urbaniak?

MU: Remiksem utworu Sokoła. Także „Papaya” doczeka się kolejnego remiksu. Ten utwór jest nie do zabicia. Przede mną nowe płyty, z czego jedna będzie tak bardzo techno, że sam się dziwię, że mogłem pójść aż tak daleko. I oczywiście Urbanator Days.

AT: A kiedy wróci pan na ekrany?

MU: W zeszłym roku zagrałem epizod w „Excentrykach” Janusza Majewskiego . Z tego, co wiem, pojawię  się w wersji serialowej. A chętnie zagram, gdy tylko dostanę propozycję ciekawej roli, adekwatnej do moich możliwości. Nie wcielę się raczej w postać skaczącego przez płoty detektywa. Zresztą dawno nie skakałem przez płoty.


Michał Urbaniak 

jazzman, międzynarodowej sławy skrzypek, saksofonista, kompozytor, aranżer, odkrywca młodych talentów, urodzony w Polsce obywatel świata. Znany jako współtwórca i kreator muzyki fusion. W 1973 r. wyjechał do Nowego Jorku. Grał z największą legendą jazzu Milesem Davisem (płyta „Tutu”), co przyniosło mu światowy rozgłos. Współpracował z takimi sławami jazzu, jak: Quincy Jones, Billy Cobham, Stéphane Grappelli, Joe Zawinul, Herbie Hancock, Wayne Shorter, Kenny Garrett, George Benson, Marcus Miller, Jaco Pastorius, Toots Thielemans, Kenny Kirkland, Larry Coryell, Lenny White, Alphonse Mouzon. Jest liderem, kompozytorem, aranżerem swoich projektów: „Jazz Legends”, „Fusion”, „Urbanator”, „Urbanizer”, „UrbSymphony”. Laureat Grand Prix Festiwalu Jazzowego w Montreux dla najlepszego solisty (1971). Występował na najważniejszych jazzowych festiwalach na świecie: Newport Jazz Festival, JVC Jazz Festival, Chicago Jazz Festival, Estival Jazz w Lugano, Jazz in de Gracht w Hadze i in. Koncertował kilkakrotnie w Carnegie Hall, Avery Fisher Hall oraz w słynnych światowych i nowojorskich klubach jazzowych (Blue Note, Village Vanguard, Sweet Basil i in.). Wielokrotnie nagradzany, zwyciężał w plebiscytach zagranicznych, m.in. jego nazwisko znalazło się w prestiżowym magazynie „Down Beat”(1992) wśród największych sław jazzu (zajął pierwsze miejsce aż w pięciu kategoriach). Urbaniak jest pierwszym na świecie skrzypkiem wynalazcą, który gra na pięciostrunowych skrzypcach, zbudowanych według własnego pomysłu. Od wielu lat związany z filmem i teatrem. Jest autorem muzyki do takich filmów, jak: „Astonished”, „As the Band Played On”, „Dreambird” (USA) oraz „Pożegnanie jesieni” M. Trelińskiego, „Spona” W. Szarka, „Dług” i „Wielkie rzeczy” K. Krauze (Polska). Otrzymał główne nagrody na Festiwalu Filmowym w Gdyni za muzykę do filmów „Dług”, „Pożegnanie jesieni” i „Eden”. Jako pierwszy wprowadził jazz i rap do filharmonii (w ramach projektu „UrbSymphony”, Filharmonia Częstochowska, 1995). Nagrał na całym świecie ponad 60 autorskich płyt. Ostatni płytowy projekt Urbaniaka, „Miles of Blue” (Sony Music, 2010), zadedykowany Milesowi Davisowi, otrzymał status platynowej płyty. We wrześniu 2011 r. nakładem Wydawnictwa Agora SA ukazała się książka o jego życiu, napisana przez Andrzeja Makowieckiego, pt. „Ja, Urbanator. Awantury muzyka jazzowego”. Osobowość i charyzmę jazzmana dostrzegli filmowcy. Jesienią 2012 r. odbyła się premiera filmu „Mój rower” w reżyserii Piotra Trzaskalskiego. Michał Urbaniak zagrał w nim jedną z głównych ról, za którą otrzymał nagrodę dla najlepszego aktora na międzynarodowym Black Nights Film Festival w Estonii oraz Polską Nagrodę Filmową – Orła 2013 w kategorii odkrycie roku.

 

Czytaj także