Kocham ją i nienawidzę

Fot. Robert Baka
Fot. Robert Baka

O muzyce, buncie i trudnej relacji z Polską z Muńkiem Staszczykiem rozmawia Anna Siedlińska.

 

Anna Siedlińska: Okładkę waszej najnowszej płyty stworzył Rosław Szaybo, wybitny polski grafik, który zaprojektował też jedną z okładek naszego magazynu. Skąd pomysł na tę współpracę?

Muniek Staszczyk: O Rosławie po raz pierwszy przeczytałem jeszcze jako dzieciak. W magazynie muzycznym „Jazz”, w czasach głębokiego PRL-u, opublikowano artykuł o polskim grafiku, który tworzy okładki dla takich artystów, jak Carlos Santana, Leonard Cohen i The Clash. To on zaprojektował okładkę płyty „British Steel” Judas Priest. Mijały lata, aż któregoś razu po koncercie podeszła do mnie kobieta, która – jak się okazało – znała Rosława osobiście. Dostałem od niej numer telefonu, zadzwoniłem, przedstawiłem się i umówiłem na spotkanie, na które wziąłem nasze wszystkie winyle. Rosław spojrzał na okładki i stwierdził, że powinniśmy mieć logo. Miałem już wtedy pomysł na płytę, która będzie miała prosty tytuł „T.Love”, więc był to dobry moment na stworzenie także prostej, eleganckiej okładki.

AS: „T.Love” to płyta, która jest gorzkim komentarzem współczesności.

MS: Ta płyta powstała dość szybko, bo w ciągu czterech miesięcy. Płytę „Old is gold” z 2012 r. tworzyliśmy dużo dłużej, ale była bardziej refleksyjna, dotyczyła spraw duchowych – miłości, śmierci, Boga, sensu istnienia. Spodobała się publiczności, przyniosła nam Fryderyka. Jednak jej sukces trochę nam ciążył. Nie mieliśmy pomysłu, w jaki sposób podejść do nowego albumu.

Pamiętam dokładnie, że prace nad płytą „T.Love” ruszyły w styczniu 2016 r., w dniu śmierci Davida Bowiego. Wtedy już wiedzieliśmy, jaki będzie jej kształt. Kiedy jesienią 2015 r. byliśmy na koncercie w Szwecji, dowiedzieliśmy się o zamachu terrorystycznym w Paryżu. Pamiętam to całe napięcie… Potem były kolejne zamachy. Do tego sytuacja w kraju, nieustanne marsze, narastające podziały w społeczeństwie. Nasiąkaliśmy tą atmosferą lęku, niepewności. I to wszystko znalazło odbicie na naszej najnowszej płycie, zdecydowanie bardziej katastroficznej i publicystycznej od poprzedniej. Zresztą T.Love nigdy nie był zespołem, który unika publicystyki, oceny współczesności.

AS: Od 35 lat w swoich utworach komentuje pan rzeczywistość. Wiele tekstów ma dziś status kultowych. Wszyscy znają słowa: „Ojczyznę kochać trzeba i szanować, nie deptać flagi i nie pluć na godło”. Pobrzmiewa w nich nuta ironii…

MS: „Wychowanie” to piosenka, którą napisałem, mając 20 lat. Ona właściwie sama „wskoczyła” na papier – i to zaledwie w ciągu kilku minut. Co ciekawe, to w ogóle nie jest piosenka o ojczyźnie! Jej bohaterem jest chłopak, który próbuje porozumieć się z dziewczyną. To piosenka o wtłaczaniu młodym ludziom do głowy pustych frazesów. Są w niej spore pokłady ironii. Ciekawe jest też to, że ze względu na refren ten utwór wykorzystywany był przez różne strony polityczne – i to czasem w bardzo dziwny sposób. Dość wspomnieć, że w latach 80. hajlowali przy nim skinheadzi. To przecież absurd! Tym bardziej że w tekście są jasne nawiązania do PRL-u, do systemu, który poznałem od podszewki.

AS: Nigdy jednak nie angażował się pan politycznie…

MS: Nie należałem do żadnych organizacji, ale w 1979 r. 48 godzin spędziłem najpierw na dołku, a w końcu na posterunku SB. A wszystko dlatego, że z kolegą rozlepiliśmy na osiedlu ulotki, które były takim naiwnym wołaniem o przebudzenie się. Nieźle wtedy oberwaliśmy. Przede wszystkim psychicznie. I to w człowieku zostaje. Więc potem zamiast rozwieszać plakaty zacząłem pisać piosenki.

AS: Wiele z nich, na przykład „King”, to dla fanów prawdziwe hymny.

MS: „King” powstał na Żoliborzu. Janek Benedek zagrał mi kiedyś melodię na ławce w parku Żeromskiego przy placu Wilsona. Nie był z niej do końca zadowolony, bo nie miała wyraźnego refrenu. Ja byłem zachwycony. Zawsze chciałem stworzyć taką opowieść w stylu Boba Dylana, a ta melodia idealnie się do tego nadawała. Nie wiedziałem jednak, o czym ma być cała historia. Wcześniej napisałem piosenkę o Warszawie, mieście, w którym się nie urodziłem, a które stało się moim drugim domem. Pomyślałem więc, że Częstochowa, moje rodzinne miasto, też zasługuje na swój utwór. Postawiłem na lokalny koloryt: klasztor, trochę tandety, robotnicze podwórka, z których i ja się wywodzę. Tytułowego Kinga skleiłem z kilku szemranych gości, których znałem…

Lubię ten utwór za jego łobuzerski klimat. Ma w sobie coś z hip-hopu. Rozmawiałem z chłopakami z Molesty, z Sokołem – wszyscy podkreślali, że też to czują. Podejrzewam, że to właśnie kwestia opowieści. Dzisiaj ta piosenka nie miałaby racji bytu. Jest za długa, nie ma refrenu. W stacjach radiowych, w których liczą się wyniki badań rynku, na pewno by przepadła.

AS: Kiedy T.Love zaczynał karierę, pisał pan protest songi. W najnowszych utworach też nie brakuje buntu.

MS: Lata 80. to był czas protestu, który łączył. Kapele grały, opozycja działała, Jacek Kaczmarski śpiewał… W końcu komuna padła. Przewrót był dużym sukcesem. My jednak zamiast normalnie żyć szukamy kolejnych wrogów. Lubimy to. Tylko teraz już nie protestujemy razem, jesteśmy podzieleni. To wygląda tak jak w „Marszu” z naszej nowej płyty. Idziesz przez miasto i widzisz, że dwie strony zamierzają się wzajemnie pałować. I komentarze w Internecie dotyczące tego utworu potwierdzają tę obserwację. Stałem się więc wrogiem obu stron. Dla jednej jestem albo komuchem, albo lewackim anarchistą bez żadnych ideałów, dla drugiej – katolickim fanatykiem lub faszystą.

Wyszedłem z punk rocka, a rock wyszedł z bluesa. Dla mnie ten gatunek muzyki to nie jest rozrywka. W muzykę rockową wpisany jest bunt. Jednak ja nie protestuję po to, żeby być wiarygodnym dla dzieciaków. Po prostu temat Polski zawsze był dla mnie ważny, dlatego jest w naszych piosenkach tak widoczny. Natomiast dziś zmienił się odbiorca. W latach 80. śpiewanie o Polsce przychodziło naturalnie. My wyrośliśmy na buncie. Dzisiaj muzyka ma być miła, łatwa i przyjemna. Stąd też fenomen disco polo. W muzyce nie ma już miejsca na publicystykę.


Fot. Robert Baka

AS: Może po prostu nie umiemy inaczej. Może zawsze musimy być przeciwko komuś lub czemuś?

MS: Coś w tym jest. Nie umiemy korzystać z wolności. Wszystko jest dziś czarno-białe. Szary kolor zniknął z naszego kraju. A ja się pod tym nie podpisuję. I to też się wielu osobom nie podoba. Powinienem się przecież opowiedzieć po którejś ze stron… Tak bardzo lubimy się kłócić. A może istotą patriotyzmu jest szukanie tego, co nas łączy, zamiast ciągłego podkreślania tego, co nas dzieli?

AS: Jest pan patriotą?

MS: Jestem totalnie umiejscowiony w Polsce. Kiedy nagrywaliśmy płytę w Londynie, próbowałem przetłumaczyć Anglikom teksty. To wynikało z troski o Polskę. Mój związek z nią jest trudny. Love and hate. Takie związki są często bardzo niszczące, ale też rozwijające. Jeśli Polska jest kobietą, to zarazem kocham ją i nienawidzę. Jak w piosence Ciechowskiego. Polska ma swoje minusy, ale bardzo ją kocham. Tyle że wkurwia mnie często. Ale to jest inspirujące.

AS: Czym wobec tego jest dla pana patriotyzm?

MS: Przede wszystkim nie jest deklaracją polityczną. Uwłaczałoby mi lansowanie jakiejś ideologii lub nakłanianie do mojego punktu widzenia. Nie chcę uprawiać agitacji. Jestem bardzo „wrośnięty” w ten kraj, lecz mój stosunek do niego jest złożony. Oczywiście więcej jest w nim miłości niż złości. I przede wszystkim: Polska nie jest mi obojętna. Nasza ostatnia płyta jest wołaniem o przywrócenie rozsądku. Przecież u nas nie ma podstaw do tak głębokiego podziału. Wołamy więc o pojednanie – nie w sposób oazowy, ale rockandrollowy. Gdybym miał Polskę w dupie, to byłbym wygodnym kosmopolitą, którego interesuje wyłącznie Europa. Ale mi nie jest obojętne, co się w Polsce dzieje.

AS: A co pana wkurza w Polsce?

MS: Mamy całkowicie wytrzebione elity, nastąpiło u nas straszliwe zdziesiątkowanie inteligencji. Jestem chłopakiem z robotniczej rodziny, natomiast zawsze bolałem nad tym, co zrobili Hitler i Stalin. Dziś mamy tego pokłosie i klasę polityczną, na jaką zapracowaliśmy. Wiele spraw mnie irytuje. Nie jesteśmy może najgorszym narodem, ale mamy swoje przywary. Nie potrafimy działać spokojnie, pragmatycznie, zachowując swój punkt widzenia, tylko wpadamy w histerię, na której budują się złe emocje. Do tego dochodzą idiotyczne hasła typu „Polska od morza do morza”, sny o potędze, które w dzisiejszym świecie są archaiczne i absurdalne. Bierze się to z głupoty, niedouczenia, ale i z siły mediów – w szczególności Internetu. A głupi bywamy czasami przeraźliwie. Nie potrafimy słuchać ludzi mądrych, których zresztą jest stosunkowo niewielu. Wkurzają mnie te nasze przywary, tak samo jak każdego normalnego, otwartego Niemca czy Francuza wkurzają przywary ich nacji. I mówię o tym wprost. Nie potrafimy wyciągać odpowiednich wniosków z historii świata i Europy, tylko wiecznie to idiotyczne machanie szabelką. Z całym szacunkiem do Mickiewicza, niektóre rzeczy, które literatura romantyczna zostawiła nam w spadku, to brednie typu „Polska Chrystusem narodów”. Tego typu romantyzm uczynił wiele złego. I w efekcie jesteśmy przetrzebieni. II Rzeczpospolitą też się gloryfikuje, a przecież nie była jednoznacznie dobra. A potem nadciągnęła komuna. Zawsze byliśmy poligonem, historia nas przeorała, ale trzeba umieć wyciągnąć z niej lekcję na przyszłość. W jakiś sposób ułożyć się racjonalnie i z Europą, i z Rosją, a nie wychodzić na ring z bokserami wagi ciężkiej, gdzie zarobi się nokaut po pierwszym ciosie. Więcej mądrości w tym wszystkim! A poza polityką denerwuje mnie, gdy wyobrażamy sobie, że jesteśmy najwspanialsi i najlepsi. Tylko niby w czym? Polska mistrzem Polski.

Wracając do patriotyzmu… Zacząłbym od siebie. Na początek spróbuj rozmawiać, spróbuj zrozumieć twojego sąsiada. Jeżeli chcesz, to wywieszaj flagę, ale nie musimy się licytować, kto stoi bardziej na baczność przy hymnie. Tu przecież chodzi o coś innego – by mieć świadomość, że jesteśmy sporym krajem w Europie Środkowo-Wschodniej, że mamy swój punkt widzenia i honor, swoją historię i dumę. Natomiast w ogóle nie potrafimy cieszyć się naszą niepodległością. I to widać w obchodach Święta Niepodległości. To po prostu jakaś trupiarnia! Jakby nam ktoś coś zabrał, jakbyśmy koniecznie musieli rozliczyć innych. Ale kogo? Gdzie? Za co? 11 listopada powinien być radosny. Jeżeli będziemy się tak rozliczać, to zwariujemy. Samo noszenie barw narodowych nie jest problemem, ale ludzie nadużywają symboli. Znak Powstania Warszawskiego na manifestacji narodowców? Żołnierze AK w grobach się przewracają. Ale to wszystko jest napędzane polityką. To wieczna bitwa o głosy wyborców.

Patriotyzm widziałbym raczej w świadomości własnych korzeni i pochodzenia oraz w związanej z nią dumie. Jeśli znasz swoją historię, to wiesz, skąd przychodzisz. Na tym należy budować naszą tożsamość. Dawajmy też dobre świadectwo za granicą, pokazujmy się z jak najlepszej strony, nie odcinajmy się od własnego pochodzenia. Choć akurat w tej kwestii wiele zmieniło się już na lepsze.

AS: A co w nas, Polakach, i w Polsce pan lubi?

MS: Jesteśmy rodzinni. Liczą się dla nas relacje, związki, rodzina. Trochę przypominamy w tym Włochów. Podoba mi się także nasz szacunek do starszych ludzi. I serdeczność. Szczególnie ta na wschodzie. Tym różnimy się od Francuzów czy Brytyjczyków.

Nasz kraj jest piękny. Cudownie, że mamy cztery pory roku i naprawdę sporo bardzo ładnych terenów. Cała ściana wschodnia jest przepiękna. Szkoda tylko, że przez Stalina straciliśmy Lwów. Przyznam, że jako muzyk zjeździłem Polskę kilkadziesiąt razy i nigdy nie mam jej dość. To tutaj najlepiej wypoczywam. Polska mnie uspokaja.

AS: A Warszawa? Śpiewał pan, że kocha to miasto.

MS: Warszawę zawsze bardzo lubiłem. Najlepszy kumpel mojego taty był warszawiakiem, więc często jeździliśmy do stolicy. To miasto nigdy nie było mi obce. W latach 50. mój wujek Celestyn grał w Legii z Kazimierzem Górskim. Dlatego w naturalny sposób również Legia była obecna w moim domu. Do dzisiaj jestem kibicem. Choć nie mam warszawskich korzeni, to miasto zawsze było mi bliskie. I dobrze mnie przyjęło, gdy tutaj przyjechałem.

Dziś bardzo często słyszę, jak ludzie, którzy przeprowadzili się tutaj, głównie ze względu na większe możliwości zawodowe, nieustannie plują na to miasto. Nie rozumiem tego. Sam dostałem od Warszawy dużo więcej dobrego niż złego. Dziś miasto się rozwija, pięknieje. Ma dobrą energię, świeżą, młodą. I mimo że architektonicznie mamy tu totalny chaos, przypominający nowojorskie plomby, to i tak mi się podoba. Kiedy przeprowadziłem się tutaj w 1982 r., Warszawa była inna. Dużo cięższa, stalinowska. Teraz jest miastem europejskim.

AS: Kiedy patrzy się na waszą dyskografię, widać momenty dłuższych przerw. W 2006 r. wydaliście płytę „I hate rock’n’roll”, potem dopiero po sześciu latach na rynek weszła „Old is gold”, a cztery lata później „T.Love”.

MS: Trzydzieści pięć lat w jednej kapeli to niełatwa sprawa. Były kryzysy, bywało słabo, nerwowo. I właśnie w takim momencie powstała płyta „I hate rock’n’roll”. To na niej słychać, ma taki nerw. Ciągle byłem wtedy nabuzowany, jak bomba zegarowa. Chciałem nawet rozwiązywać zespół. Dlatego musiało minąć sporo czasu, zanim nagraliśmy kolejny album. Wykonaliśmy zresztą ogromną pracę. Powstało w tym czasie chyba z 60 pomysłów na piosenki, z których wybraliśmy 22 utwory na następną płytę „Old is gold”. Zrobiliśmy wtedy naprawdę dobrą robotę, choć był to strasznie męczący okres.


Fot. Robert Baka

AS: Który ciągle trwa? Zapowiedzieliście przerwę w karierze…

MS: Od stycznia 2018 r. zawieszamy działalność koncertową, co oczywiście nie oznacza, że rozwiązujemy band. O tej przerwie mówię już od półtora roku. To dobry moment, by zwolnić. Zespół skończył 35 lat, a ja nie chcę dojść do takiego punktu, w którym będę pluł na swoją kapelę lub traktował ją wyłącznie zarobkowo i wychodził na scenę wściekły czy sfrustrowany. Przez te wszystkie lata osiągnęliśmy wiele, powstawały kolejne płyty, kolejne wydawnictwa, nieustannie graliśmy koncerty. Nie chcę definitywnie zamykać drzwi, bo to byłaby głupota, niemniej kończąc najnowszą płytę, czułem, że doszliśmy do ściany. Niektórzy traktują scenę jak narkotyk, ale ja lubię też inne rzeczy. Nie mówię, że scena jest nieważna, bo może, gdy się spotkamy za dwa lata, będę chciał wrócić do T.Love. Jednak teraz potrzebuję więcej wolności. Nie wiem, co będę robił dalej. Przyszedł czas na zresetowanie głowy.


Okładka albumu "T.Love" autorstwa Rosława Szaybo

"T.Love"
Nowy album zespołu, zatytułowany „T.Love”, ukazał się na rynku 4 listopada 2016 r. Wersja podstawowa zawiera 13 premierowych kompozycji. Limitowana wersja specjalna została wzbogacona o dodatkowe piosenki – w tym duet z Johnem Porterem. Muzykę skomponowali wszyscy członkowie zespołu T.Love, a autorem tekstów tradycyjnie jest Muniek Staszczyk.  
W przeciwieństwie do poprzedniego wydawnictwa „Old is Gold”, którego teksty skupiały się najczęściej na sprawach duchowych, nowy album wielokrotnie nawiązuje do współczesności. Dominuje artystyczna publicystyka, skupiająca się na sprawach Polski i świata. Muniek śpiewa o podzielonym społeczeństwie, strachu w Europie zniewolonej terrorem, o uchodźcach, wszystkich naszych fobiach i zagrożeniach. Jest też utwór „Warszawa Gdańska”, poświęcony pamięci zmarłego na początku ubiegłego roku Davida Bowiego.
- Album ostro buja muzą opartą na dobrych melodiach i gitarowych riffach. To swoisty soul-punk, tzn. skrzyżowanie czarnej tradycji Motown czy Stax z białym rock’n’rollem – mówi Muniek Staszczyk.
Okładkę płyty zaprojektował Rosław Szaybo, człowiek legenda, twórca klasycznych już dzisiaj okładek, m.in. debiutanckiego albumu The Clash czy albumu „British Steel” zespołu Judas Priest.
Jesienią 2016 r. T.Love zagrał 18. trasę koncertową, uwieńczoną warszawską imprezą w klubie Stodoła z gościnnym udziałem Natalii Przybysz i Marka Dyjaka.

 


Muniek Staszczyk, właśc. Zygmunt Marek Staszczyk

(ur. 1963 r. w Częstochowie) – polski muzyk; współzałożyciel, lider, wokalista, autor tekstów, w początkowym okresie także basista zespołu T.Love. Ma na koncie kilkanaście albumów. Do najbardziej znanych przebojów należy m.in. „King”, „Stokrotka”, „Stany”, „Wychowanie”, „Chłopaki nie płaczą”, „Warszawa”. Muniek jest autorem książki „Dzieci rewolucji” oraz tomiku poezji „Ganja”. Współpracował z wieloma artystami i zespołami, takimi jak Maanam, Kasia Nosowska, Pidżama Porno, Zipera, Habakuk. Członek Akademii Fonograficznej ZPAV. Wychowywał się w Częstochowie, w robotniczej dzielnicy, na Rakowie. Jest absolwentem częstochowskiego IV LO oraz Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Zdeklarowany pacyfista, wspiera działania charytatywne i antywojenne. Otrzymał wiele nagród. Był również ambasadorem zorganizowanych w Krakowie Światowych Dni Młodzieży 2016.

 

Czytaj także

  • Fot. Marcin Żurawicz

    Lubię pomagać

    O prowadzeniu biznesu społecznego, działaniu w skali globalnej oraz promowaniu Polski z Moniką Jabłońską rozmawia Kamil Broszko.

    WIĘCEJ
  • Fot. Archiwum Piotra Suwalskiego

    Ta praca ma głęboki sens

    O sukcesji w medycynie, kardiochirurgii małoinwazyjnej oraz lekarzach grających rocka z prof. Piotrem Suwalskim rozmawia Kamil Broszko.

     

    WIĘCEJ
  • Fot. WOŚP

    Trzeba uczyć etyki, nie tylko lekarzy

    O medycynie zorientowanej na wynik finansowy, polskiej kardiochirurgii dziecięcej i pracy, która jest rodzajem służby, z prof. Bohdanem Maruszewskim rozmawia Kamil Broszko.

     

    WIĘCEJ
  • Fot. Joanna Mieszko-Nita

    Fabryka Dwurnika

    O pracy ciągłej, niechęci do autoportretu oraz o kupowaniu supersamochodów z Edwardem Dwurnikiem, malarzem i grafikiem, rozmawiają Kamil Broszko i Marzena Tataj.

     

    WIĘCEJ