Era genu

Fot. Kamil Broszko/Broszko.com
Fot. Kamil Broszko/Broszko.com

O roli badań genetycznych we współczesnej medycynie z Anną Wójcicką rozmawia Kamil Broszko.

 

Kamil Broszko: Spotykamy się w bardzo nowoczesnym i pięknym budynku, który mógłby być symbolem zmian zachodzących w polskiej nauce…

Anna Wójcicka: Polska nauka niewątpliwie rozwija się i zmienia. Znajdujemy się w Centrum Nowych Technologii Uniwersytetu Warszawskiego. Już sama nazwa miejsca, w którym pracujemy, obliguje nas do działania i tworzenia.

KB: Czy nauka jest teraz na jakimś szczególnym etapie swojej własnej ewolucji?

AW: W zakresie genetyki medycznej, którą się zajmuję, jesteśmy w niezwykle ciekawym momencie. Mamy solidne podstawy do badań nad podłożem chorób (w 2003 r. poznaliśmy genom człowieka i wiemy, gdzie szukać uszkodzeń i przyczyn licznych schorzeń), ale wciąż pozostało wiele do odkrycia. Nauka boryka się też z pewnym problemem: nie umiemy jeszcze uzyskiwać z wyników otrzymywanych w nauce tyle wiedzy, ile byśmy chcieli. Jest bardzo dużo ciekawych projektów badawczych, w ramach których dokonuje się istotnych odkryć, lecz te trafiają do szuflady. Nasza spółka powstała po to, abyśmy wyniki badań, które od wielu lat prowadzimy w zakresie diagnostyki chorób człowieka, mogli przekazać społeczeństwu (czyli podatnikom finansującym projekty badawcze).

KB: Osobom mającym wyobrażenie o tradycyjnych uniwersytetach mogą mieszać się dwa porządki. Pracuje pani w budynku Uniwersytetu Warszawskiego, czyli uczelni publicznej, ale wspomniała o prowadzeniu badań w ramach firmy.

AW: W ramach uniwersytetu stworzyliśmy i prowadzimy startup Warsaw Genomics. Jest on typową spółką odpryskową uczelni. Uniwersytet jest coraz bardziej otwarty na inicjatywy związane z gospodarką i dziś działa przy nim siedem startupów. Od pół roku na uczelni funkcjonuje także inkubator przedsiębiorczości – międzywydziałowa jednostka, która powstała, aby umożliwić studentom wyjście poza klasyczny program studiów. Niestety, studia w Polsce niespecjalnie pobudzają do samodzielnego myślenia, tworzenia projektów, budowania zespołów. W inkubatorze nie chodzi wyłącznie o to, żeby studenci nauczyli się zakładania firm i innych aspektów działalności gospodarczej, ale żeby umieli pracować w grupie oraz stworzyć i poprowadzić własny projekt, co jest ważne zarówno z perspektywy naukowej, jak i późniejszej pracy. Środowisko wokół nas bardzo się zmienia.

KB: Czyli mamy trend polegający na spotkaniu nauki z biznesem w celu realizacji wdrożeń i osiągania sukcesu komercyjnego.

AW: Tak, choćby dlatego, że uniwersytet nie może samodzielnie prowadzić działalności, którą realizują jego firmy odpryskowe. My zajmujemy się diagnostyką genetyczną; jesteśmy podmiotem diagnostyczno-leczniczym, który ma prawo wydawać wyniki badań genetycznych. To wymaga wpisania do właściwych rejestrów, certyfikacji, zatrudnienia odpowiedniego personelu. Uczelnia nie mogłaby nawet wnioskować o wpisanie do tych rejestrów, stąd też konieczność utworzenia właściwego podmiotu prawa gospodarczego. Natomiast nadal istnieją pewne trudności, związane choćby z brakiem jednoznacznych uregulowań, które ułatwiałyby istnienie firm przy uczelniach. Sporym problemem jest też dzielenie czasu pomiędzy pracę naukową a pracę jednoznacznie związaną z działalnością w ramach firmy. Bo jeżeli o godzinie 22 wpadam na jakiś pomysł, to czyją własnością o tej porze jest moja głowa? Jestem wtedy naukowcem czy pracownikiem firmy? To są trudne, nie do końca uregulowane zagadnienia, ale mamy świadomość, że im więcej firm będzie powstawało przy uniwersytetach, tym większa będzie potrzeba, żeby stworzyć jednoznaczne regulacje prawne. Myślę, że poza możliwością bezpośredniego wdrażania wyników badań firmy uniwersyteckie są istotne z jeszcze jednego powodu: pokazują naukowcom, że w firmach też może się dziać bardzo dużo ciekawych rzeczy. W nauce się zostaje, ponieważ chce się tworzyć, poszukiwać, odpowiadać na rodzące się wciąż pytania. Trudno oczekiwać podobnej specyfiki pracy w korporacjach, ale można ją znaleźć w firmach uniwersyteckich i w ten sposób budować pomost między nauką i gospodarką.

KB: Wspomniała pani o wewnętrznej potrzebie przekazania społeczeństwu swoich odkryć. Czy wszyscy naukowcy żywią podobne przekonanie?

AW: Na pewno nie, ale nie można tego oczekiwać od wszystkich. Nauka jest też po to, by odpowiadać na podstawowe pytania – dużej części takich wyników nie przekażemy bezpośrednio społeczeństwu. Ja mam jednak do swoich działań podejście raczej utylitarystyczne – ich skutki powinny być pożyteczne. W gronie moich współpracowników też dostrzegam taką potrzebę. Projekty badawcze prowadzę nie po to, by realizować swoje hobby, ale z nadzieją, że jakoś zmienią rzeczywistość. Nam nie chodzi o to, żeby być i przetrwać, tylko żeby wpływać na świat, przynajmniej wokół nas. Musimy udostępnić ludziom nasze wyniki, przekazać je poprzez edukację i wdrożenia.

KB: Marnotrawienie wyników to polska specyfika?

AW: Nie, to byłoby zbyt daleko idące stwierdzenie. Czasem potrzeba wyników kilkunastu czy kilkudziesięciu prac, by zrozumieć jakiś mechanizm i wyciągnąć jednoznaczne wnioski. Równocześnie jednak badań naukowych jest mnóstwo; w tematyce, którą śledzę, codziennie w bazach danych pojawia się kilka lub kilkanaście nowych publikacji, natomiast bezpośrednie wdrożenie wyników tych prac ma miejsce niezwykle rzadko. Jest to być może spowodowane także brakiem narzędzi, które w sposób jednoznaczny pozwalają przełożyć wyniki prac naukowych na praktyczne zastosowanie. Problemem jest też to, że wszystko, co tworzymy na uczelni, jest oczywiście jej własnością intelektualną. Więc to od niej zależy, co dalej się stanie z wynikami.

KB: Może to problem metodologii. Nauka brnie w ślepy zaułek bezmyślnej kumulacji. Im więcej będzie wyników, tym trudniej będzie je zsyntetyzować i zinterpretować.

AW: Trudniej będzie zinterpretować, bo coraz bardziej specjalizujemy się w drobnych, cząstkowych mechanizmach i coraz mniej osób potrafi całościowo spojrzeć na jakiś proces. Równocześnie jednak nie uda nam się w pełni rozwikłać nurtujących zagadnień, jeśli nie rozłożymy ich na czynniki pierwsze. Kumulacji obawiam się raczej w aspekcie pędu do publikowania i tworzenia jakichkolwiek wyników badań. Naukowcy są rozliczani z publikowania wyników, które otrzymują w trakcie realizacji projektu. Na wielu polskich uczelniach niestety wciąż bardziej zwraca się uwagę na liczbę niż jakość takich publikacji, co nie sprzyja atmosferze poważnej pracy naukowej. Oczywiście publikowanie pozwala się także utrzymać. Ja nie mam stałego etatu na uniwersytecie, utrzymuję się wyłącznie z grantów. Jeśli w pewnym momencie przestanę je dostawać, to stracę miejsce pracy, a wraz ze mną kilka osób, które w ramach grantów zatrudniam. A w jaki sposób mogę otrzymywać granty? Wyłącznie dzięki publikacjom. Ten mechanizm nakręca spiralę wielu średnich projektów i publikacji oraz pogoni za jakimikolwiek wynikami, które tak naprawdę niewiele nowego wnoszą.

KB: Ktoś systemowo pracuje nad modelem zsyntetyzowania dużej grupy wyników badań, najlepiej z różnych dziedzin?

AW: Wszystkie działy i specjalizacje bardzo się porozdzielały. Jedyny sposób na zmianę tego stanu rzeczy to wydajna współpraca między osobami zajmującymi się różnymi dziedzinami. Można przecież łączyć wyniki otrzymane w zakresie medycyny z biologią, chemią, fizyką… Myślę, że prawdziwie rewolucyjne odkrycia mogą powstać tylko w ten sposób. Żeby tak się jednak stało, musimy uczyć się współpracy, a z tym akurat w Polsce mamy poważny problem. W szkole nikt nas nie uczy pracy w grupie, podobnie na studiach. Do zrozumienia mechanizmów leżących u podłoża chorób lekarz potrzebuje biologa, zaś biolog potrzebuje lekarza, by móc swoje wyniki zinterpretować. Tymczasem Uniwersytet Warszawski i Warszawski Uniwersytet Medyczny wciąż dzieli linia demarkacyjna, wyznaczana symbolicznie przez ul. Banacha. To się na szczęście zmienia, ale bardzo, bardzo powoli.

KB: A nowe podejście łączące metaanalizę i big data, popularne choćby w naukach biologicznych, daje jakąś nadzieję?

AW: Tak, zdecydowanie. My akurat na co dzień korzystamy z takich metod, łączymy liczne kompetencje i działy wiedzy, ponieważ nasz zespół tworzą lekarze, biolodzy, bioinformatycy i matematycy. Dzięki wspólnej pracy rozwijamy umiejętności, których nie można zdobyć wyłącznie w toku studiów. Wśród nich jest między innymi stosowanie metaanaliz i big data. W naszych badaniach zaglądamy w geny pacjenta, żeby powiedzieć, dlaczego teraz choruje na jakąś chorobę albo na jaką chorobę może zachorować w przyszłości. W tym celu musimy przetworzyć terabajty informacji pochodzących od badanej osoby, potem porównać je z danymi dla całej populacji. Opracowanie i zinterpretowanie takich wyników to nieprawdopodobna ilość pracy obliczeniowej. Dzięki temu, że robimy to w zespole, w którym każdy specjalizuje się w czymś innym, możemy się uzupełniać i wzajemnie od siebie uczyć. To daje ogromną radość z pracy.

KB: Wspomniała pani o zaglądaniu w geny pacjenta, przejdźmy więc do tego, czym zajmuje się państwa firma. Zacznijmy od początku. Pobierają państwo krew osobom badanym?

AW: W Warsaw Genomics zajmujemy się diagnostyką genetyczną, czyli czytamy geny pacjenta, by znaleźć w nich uszkodzenia odpowiedzialne za powstawanie chorób. Do badania genetycznego potrzebujemy ok. 4 ml krwi. W laboratorium izolujemy z tej krwi DNA, w którym znajdują się geny. A geny to nic innego jak komplet instrukcji, które mówią, jak funkcjonujemy, jak wyglądamy, jaki mamy charakter. Co jednak najważniejsze z perspektywy medycznej, w genach zapisane jest także to, jak odpowiadamy na różne leki i na jakie choroby będziemy w przyszłości chorować. Niektórzy z nas, już kiedy się rodzą, mają zapisane w genach, że w przyszłości z dużym prawdopodobieństwem zapadną na chorobę Alzheimera, choroby serca albo na nowotwór. Przez kilkanaście czy kilkadziesiąt lat są zdrowi, a potem choroba się ujawnia. W przypadku bardzo wielu chorób informacja o obciążeniu genetycznym jest bardzo ważna, bo pozwala odpowiednio wcześnie zareagować. Nawet jeśli dużej części chorób nie potrafimy powstrzymać, możemy wdrożyć leczenie, by zapobiec ich najgroźniejszym skutkom.

Z badań genetycznych korzystają zarówno chorzy, jak i zdrowe osoby, które chcą poznać swoje ryzyko zachorowania na różne choroby. W Warsaw Genomics wykonujemy trzy podstawowe grupy testów genetycznych: diagnozujemy choroby dziedziczne, oceniamy ryzyko zachorowania na nowotwór oraz badamy tkankę nowotworową w celu dobrania najlepszej strategii leczenia onkologicznego. W każdym badaniu zaglądamy we wszystkie geny o znanym związku z chorobą, co jest możliwe dzięki wykorzystaniu metody sekwencjonowania genomowego. To metoda, która od kilku lat jest już standardem diagnostyki genetycznej na Zachodzie. Robimy wszystko, żeby oferować badania wykonywane na światowym poziomie, ale za kwoty, na które przeciętnego człowieka w Polsce może być stać albo które może pokryć szpital. Wszystkie wykonywane przez nas badania kosztują kilkakrotnie mniej niż w zachodnich firmach.

KB: Czyli osoba, która wyśle do państwa swoją próbkę, otrzyma informację o obecnym stanie zdrowia i chorobach, które z dużym prawdopodobieństwem mogą ją czekać?

AW: W pojedynczym badaniu możemy przeczytać wszystkie geny pacjenta i powiedzieć mu o wszystkich chorobach, jakie zostały w jego genach zapisane. Pierwsze odczytanie genomu (czyli kompletu genów) człowieka trwało 13 lat i było prowadzone przez kilkaset zespołów badawczych na całym świecie. Dzisiaj można to zrobić w kilka tygodni, w centrum Warszawy. To nieprawdopodobny postęp nauki i medycyny. Równocześnie jednak tak szerokie badania, obejmujące analizę wszystkich genów, wykonuje się rzadko. Większość badań genetycznych wykonujemy w sposób ukierunkowany: pacjent zleca nam przeprowadzenie diagnostyki w kierunku chorób serca, w związku z tym nie zaglądamy w geny związane z innymi chorobami. Choroby serca to zresztą kwestia rzadko poruszana w kontekście badań genetycznych, co jest ogromnym błędem. Studia brytyjskie wykazały, że w Wielkiej Brytanii przeszło pół miliona osób jest genetycznie obciążonych chorobami serca. Wchodzą w to m.in. zaburzenia rytmu, których wykrycie jest niezwykle ważne, szczególnie u osób młodych. Jeśli pacjent nie wie o swojej chorobie i weźmie udział w półmaratonie, to może nie przeżyć wysiłku. Niestety, niejednokrotnie słyszeliśmy już o takich przypadkach. Ale jeżeli zaburzenie zostanie odpowiednio wcześnie wykryte, można je w pełni kontrolować. Inny przykład to rodzinna hipercholesterolemia. To najczęściej występująca choroba genetyczna człowieka, o czym mało kto wie. Jeżeli połowa członków naszej rodziny ma podwyższony poziom cholesterolu, to nie myślmy tylko o zmianie diety, lecz zastanówmy się, czy przypadkiem w rodzinie nie krąży uszkodzony gen, który powoduje chorobę. Rodzinna hipercholesterolemia dotyka jedną na 500 osób, więc jest naprawdę bardzo częsta. Badanie genetyczne jest w stanie ją wykryć. Jeżeli znajdziemy osobę obciążoną, odpowiednio wcześnie wdrażamy leczenie, aby chronić ją przed wczesnym zawałem serca.

KB: Badanie genów wiąże się z pewnym paradoksem, bowiem na część chorób w ogóle nie można zareagować. Dotyczy to choćby niektórych odmian raka.

AW: Nie umiemy jeszcze naprawiać uszkodzonych genów, natomiast mamy konkretne leki, które możemy wdrożyć, żeby zatrzymać objawy choroby. W przypadku nowotworów absolutnie nie jest prawdą, że nie można w ogóle zareagować. Mamy możliwość odpowiedniej prewencji, która – jeśli nawet nie pozwoli zapobiec chorobie – pozwoli ją wcześnie wykryć i leczyć.

KB: A będziemy umieli naprawiać geny?

AW: Już częściowo umiemy. Pierwsza terapia genowa została skutecznie zastosowana już prawie 20 lat temu, kiedy udało się naprawić geny związane z chorobą o nazwie ciężki złożony niedobór odporności. Wyleczona w ten sposób dziewczynka jest teraz dorosłą kobietą i sama zajmuje się poradnictwem genetycznym. Prób z wykorzystaniem terapii genowych podejmuje się naprawdę bardzo dużo, szczególnie w przypadku nowotworów.

KB: Wróćmy do prewencji, która niekiedy ma dość radykalny charakter. Amerykańska aktorka Angelina Jolie w następstwie badań genetycznych zdecydowała się na zabieg mastektomii.

AW: Nowotwory są szczególną grupą chorób, dla których prewencja wynikająca z badania genetycznego wydaje się dziś kluczowa. Jeżeli chodzi o nowotwór piersi, u każdej kobiety istnieje 13-proc. ryzyko, że w którymś momencie życia na niego zachoruje. Co oznacza, że statystycznie zachoruje jedna na osiem kobiet. Natomiast jeżeli kobieta urodziła się z chorobotwórczą zmianą (mutacją) w genie, ryzyko zachorowania wzrasta u niej nawet do 85 proc. Nadal nie jest pewne, że zachoruje, ale 85 proc. to już na tyle dużo, by pacjentka wymagała szczególnej opieki i prewencji. Angelina Jolie urodziła się właśnie z taką mutacją i podjęła decyzję, że chce zrobić wszystko w celu zmniejszenia ryzyka zachorowania. W takim przypadku prewencyjna mastektomia oraz usunięcie jajników i jajowodów pozwalają zmniejszyć ryzyko zachorowania na nowotwór o przeszło 90 proc. Niestety w Polsce zabiegi te nie są refundowane. Zatem nasz system opieki zdrowotnej nie ułatwia kobietom podjęcia tej i tak trudnej decyzji. Równocześnie jednak zabieg operacyjny jest tylko jedną z możliwości, jakie ma przed sobą pacjentka z mutacją. Dla obciążonych genetycznie pacjentów opracowano szczególne wytyczne dotyczące zakresu i częstości badań, jakie powinni wykonywać. W przypadku obciążenia nowotworami piersi od 18. roku życia należy prowadzić samobadanie piersi, od 20. roku życia badać piersi u lekarza, od 25. roku życia co roku wykonywać rezonans magnetyczny bądź USG piersi. To nie uchroni przed nowotworem, ale sprawi, że rak zostanie wykryty w bardzo wczesnym stadium, kiedy jest wyleczalny. Najważniejsze jest jednak to, by każdy pacjent mógł świadomie podejmować decyzje odnośnie swojego zdrowia. W przypadku nowotworów informacja na temat genetycznego obciążenia chorobą bardzo wiele zmienia. Dzięki postępowi medycyny potrafimy zbadać wszystkie geny związane z ryzykiem zachorowania na nowotwory i powiedzieć pacjentowi, czy ma uszkodzony gen i czy wymaga zwiększonego nadzoru onkologicznego.

KB: Czy jakakolwiek prewencja będąca następstwem badania genów jest w ogóle w Polsce refundowana?

AW: Tak. Jeżeli u pacjenta zostanie znaleziona chorobotwórcza mutacja, może on zostać włączony do programu opieki nad rodzinami wysokiego, dziedzicznie uwarunkowanego ryzyka zachorowania na nowotwory złośliwe, realizowanego przez Ministerstwo Zdrowia, i wtedy wszystkie zalecane dla niego badania są refundowane. W przypadku obciążenia rakiem piersi będzie to rokroczne badanie rezonansem magnetycznym, w przypadku obciążenia rakiem jelita grubego – kolonoskopia i inne badania konieczne do wczesnego wykrycia rozwijającego się nowotworu.

KB: Kiedy w wieku 20 lat dowiadujemy się, że ciąży nad nami swoisty wyrok, czyż nie skazujemy się nie tylko na pewnego rodzaju dyskomfort, ale może nawet na jakiś psychosomatyczny mechanizm – wynikający z nierozpoznanej jeszcze zbytnio relacji między ciałem a umysłem – który wręcz przyspiesza wystąpienie choroby?

AW: W USA przeprowadzono badanie, które wykazało, że stres po otrzymaniu wyniku wskazującego na obciążenie genetyczne trwa rok. Później człowiek oswaja się z tą informacją i nie tyle ją wypiera – skoro bada się dokładnie według zaleceń – co zaczyna interpretować jako normalną sytuację. Nasz umysł ma niezwykłe zdolności adaptacyjne. Rozmawiałam z pacjentkami, u których znajdowaliśmy obciążające mutacje, i ich odczucia były jeszcze inne. Większość z nich właściwie nie wiązała momentu otrzymania wyniku ze stresem. Naszymi pacjentami bardzo często są osoby, które i tak żyją w swoistym lęku przed chorobą nowotworową, ponieważ w ich rodzinach już chorowano. Dopóki pacjent nie wykona badania genetycznego, nie wie, czy odziedziczył uszkodzony gen i jak powinien się badać. Pacjent, który wie o chorobotwórczej mutacji, ma jasno wytyczoną ścieżkę diagnostyki i prewencji nowotworu. Należy poruszyć jeszcze jedną ważną kwestię. Mówiąc o raku piersi, skupiamy się na kobietach, ale należy zaznaczyć, że dokładnie te same geny, które u kobiet powodują raka piersi czy raka jajnika, u mężczyzn powodują raka prostaty i również raka piersi. Więc jeżeli w takich obciążonych rodzinach są synowie, bracia, oni też powinni być badani.

KB: Mówiliśmy sporo o raku piersi, teraz o raku prostaty. Wystąpienie jakich jeszcze nowotworów można prognozować?

AW: Tak naprawdę wszystkich o znanym podłożu genetycznym. Nowotworem, którego nie wyczytamy z genów, jest rak płuc, niezwykle częsty i zbierający największe śmiertelne żniwo. Wciąż jednak nie wiemy, które geny są związane z jego występowaniem. Dziś nie mamy za to wątpliwości, że jest on przede wszystkim zależny od palenia papierosów. Natomiast jeżeli chodzi o nowotwory uwarunkowane genetycznie, to jest to przede wszystkim rak piersi i jajnika, prostaty, jelita grubego, spora część nowotworów nerki, wątroby, czerniak. Oczywiście nie każdy nowotwór, na który chorujemy, jest uwarunkowany dziedzicznie. Mniej więcej 20 proc. wszystkich zachorowań na nowotwory jest powodowanych wrodzonymi uszkodzeniami genów. Pozostały procent zachorowań jest uwarunkowany czynnikami środowiskowymi. Natomiast ja głęboko wierzę, że im dalej nauka i nasza wiedza będą szły do przodu, tym więcej odkryjemy wrodzonych zmian genetycznych, które sprawiają, że dany pacjent zachoruje na nowotwór. Również w przypadku raka płuc, bo jak wytłumaczyć, że np. ktoś pali papierosy całe życie i nigdy na raka płuc nie zachoruje, a inna osoba nigdy nie paliła, nie była też biernym palaczem, i na raka płuc umiera?

KB: Czy da się odpowiedzieć na pytanie, w jakim stopniu wystąpienie poszczególnych rodzajów nowotworów jest uwarunkowane genami, a w jakim czynnikami środowiskowymi?

AW: Właściwie we wszystkich nowotworach jest to współdziałanie jednych i drugich czynników. W przypadku raka piersi genetyka odgrywa bardzo istotną rolę, ale jest to też rak zależny od hormonów, więc zawsze zwiększone ryzyko zachorowania mają kobiety, które nigdy nie były w ciąży, nigdy nie karmiły dzieci i które stosowały określoną terapię hormonalną. Każde 12 miesięcy karmienia piersią zmniejsza ryzyko zachorowania na raka piersi o kilka procent, każda ciąża – o ok. 10 proc. Rak jelita grubego w dużym stopniu zależy od zmian w naszych genach, ale też od diety i aktywności fizycznej. W Warsaw Genomics prowadzimy program Badamy Geny, który ma na celu powiedzenie każdemu Polakowi, jakie jest jego ryzyko zachorowania na nowotwór. W ramach programu nie tylko wykonujemy badanie genetyczne, ale określamy ryzyko zachorowania na nowotwór w oparciu o trzy rodzaje danych. Po pierwsze, pytamy o dane medyczne pacjenta, takie jak waga i wzrost (z których wyliczamy BMI). Przeprowadzamy wywiad dotyczący aktywności fizycznej, palenia papierosów, diety itd. Kobiety pytamy, czy były w ciąży i ile miesięcy karmiły. Dowiadujemy się, czy pacjent miał kiedykolwiek wykonywaną biopsję, kolonoskopię i czy zdiagnozowano już u niego nowotwór. Druga grupa danych dotyczy przypadków zachorowań na nowotwory w rodzinie pacjenta. Trzecia grupa to już dane genetyczne pacjenta, które otrzymujemy dzięki przeczytaniu sekwencji 70 genów o znanym związku z rakiem. Tym samym w ramach programu Badamy Geny nie tyle udzielamy informacji na temat mutacji, co określamy, jakie jest ryzyko zachorowania pacjenta na nowotwór. Ryzyko średnie dotyczy osób, u których nie stwierdzono w historii rodzinnej, medycznej ani w genach niczego niepokojącego. To są pacjenci, którzy otrzymują standardowe rekomendacje: mammografia w 50. roku życia, kolonoskopia w 55. roku życia, badanie krwi co dwa lata. Nie ma żadnego powodu, żeby w tej grupie zwiększać nadzór onkologiczny. Kolejna grupa to pacjenci o ryzyku podwyższonym. To są zazwyczaj osoby, u których w genach nic nie znajdujemy, ale mają na tyle niepokojącą historię rodzinną, że chcielibyśmy, aby badali się trochę częściej i zaczęli to robić 5–10 lat wcześniej niż przy ryzyku populacyjnym. I w końcu trzecia grupa to pacjenci o ryzyku wysokim, u których znajdujemy chorobotwórczą mutację. W ich przypadku zalecamy znacząco wzmocniony nadzór onkologiczny – powinni się regularnie badać od ok. 18. roku życia i otrzymują od nas jednoznaczne wytyczne, jakiego rodzaju badania wykonywać. Dane statystyczne sugerują, że nawet milion osób w Polsce może być obciążonych wysokim ryzykiem zachorowania na raka. My chcemy znaleźć te osoby i powiedzieć im, co zrobić, żeby nie zachorować lub żeby wykryć chorobę na tyle wcześnie, by dało się ją leczyć.

KB: Chcą państwo przebadać wszystkich Polaków?

AW: Chcielibyśmy, żeby nasze badania były dostępne dla każdego. Program Badamy Geny, który prowadzimy wraz z Uniwersytetem Warszawskim i Warszawskim Uniwersytetem Medycznym, jest unikalny, ponieważ dajemy pacjentom możliwość kompleksowego określenia ryzyka zachorowania na nowotwór w najniższej na świecie cenie. Oczywiście nie wiem, czy przebadanie wszystkich Polaków kiedykolwiek się uda, bo nie wszyscy chcą poznać swoje ryzyko zachorowania na raka, ale na pewno my to wszystkim umożliwiamy. Z prewencją nowotworów niestety wciąż jest u nas problem. Na darmową mammografię nigdy nie zgłasza się więcej niż 50 proc. zaproszonych. Do badań genetycznych na pewno nikogo nie możemy zmuszać.

KB: Ustalili państwo cenę podstawowego badania w ramach programu Badamy Geny na dosyć konkurencyjnym poziomie.

AW: Tak. Badanie kosztuje 399 zł i jest to najlepsza cena w Polsce i na świecie. Dodatkowo – w odróżnieniu od innych jednostek – nie badamy kilku genów, tylko wszystkie 70, odnośnie których wiadomo, że warunkują ryzyko zachorowania na nowotwór. Podczas gdy powszechnie w Polsce bada się 4–15 chorobotwórczych punktów w genach, my badamy ponad 16 tys. Nasze badanie jest więc najbardziej kompleksowe, choć ma pewne ograniczenia, takie jak długi czas oczekiwania na wynik i ściśle określony zakres raportowania, ale dla większości naszych pacjentów nie jest to problemem. Długi czas oczekiwania na wynik powodowany jest faktem, że do przeprowadzenia badania musimy zebrać grupę 600 osób. Tylko w takim wariancie cena jednego badania może wynieść 399 zł. Oczywiście ta metoda nie powstała z dnia na dzień, a jest owocem wielu lat wytężonej pracy całego naszego zespołu. W opracowaniu pewnych jej elementów wsparła nas Fundacja na rzecz Nauki Polskiej. Za stworzenie tego rozwiązania współzałożyciel Warsaw Genomics, prof. Krystian Jażdżewski, odebrał w tym roku Nagrodę Polskiej Rady Biznesu. Zrobiliśmy wszystko, by wykonywać badanie za jak najniższą cenę, ale mamy świadomość, że dla wielu osób to wciąż może być za dużo. Stąd też dajemy pacjentom możliwość poproszenia o wsparcie i staramy się na bieżąco dofinansowywać badania osobom potrzebującym. Jest to możliwe przede wszystkim dzięki darowiznom innych pacjentów, za które bardzo dziękujemy. Niestety, liczba osób proszących o wsparcie wciąż przewyższa nasze możliwości dofinansowania badań.

KB: Wykorzystają państwo uzyskane wyniki również do dalszych odkryć naukowych?

AW: Realizujemy badanie diagnostyczne, nie naukowe. Oczywiście dane na temat znaczenia i częstości zmian genetycznych w polskim społeczeństwie również z tego badania odczytamy i to będzie niezwykle ważna informacja. Mamy także nadzieję, że dzięki programowi szybciej uda się opracować krajowe wytyczne odnośnie postępowania z pacjentami podwyższonego i wysokiego ryzyka nowotworów. Jednocześnie cały czas ulepszamy wszystkie metody, które stosujemy w Warsaw Genomics. Obecnie analizujemy geny wymieniane w rekomendacjach bądź specjalistycznych bazach danych jako związane z chorobą. Oczywiście, gdy tylko pojawi się wskazanie do badania dodatkowych genów, będziemy je uwzględniać.

KB: Będzie trzeba jeszcze raz oddać krew czy przechowają ją państwo na przyszłość?

AW: To zależy od woli pacjenta. W formularzu świadomej zgody na badanie można zaznaczyć, czy wyraża się zgodę na przechowywanie materiału genetycznego i wykonanie ponownej analizy wyniku. Jeżeli pacjent takiej zgody nie wyrazi, jego DNA po wydaniu wyniku jest niszczone. W formularzu pytamy także, czy pacjent zgadza się na wykorzystanie jego materiału genetycznego do badań naukowych (oczywiście pozostaje w pełni anonimowy).

KB: Wspomniała pani, że projekt Badamy Geny to nie jedyna rzecz, którą się państwo zajmują w Warsaw Genomics.

AW: Wykonujemy bardzo dużo badań diagnostycznych, które znacząco zmieniają opiekę nad pacjentami. W ofercie mamy trzy rodzaje badań. Pierwsza grupa to badania związane z określaniem ryzyka zachorowania na nowotwory. Dlaczego takie badanie warto wykonać, wspomniałam już wcześniej. Standardowe badania, które wykonujemy w Warsaw Genomics, różnią się nieco od badania wykonywanego w ramach programu Badamy Geny, przede wszystkim czasem oczekiwania na wynik (zwykle 6–8 tygodni vs. 5 miesięcy w Badamy Geny) oraz zakresem analizy.

Druga grupa badań jest związana z diagnostyką chorób uwarunkowanych genetycznie, w tym chorób rzadkich. W tej grupie znajdują się np. badania w kierunku chorób serca, o których wspominałam, głównie jednak są to choroby, które diagnozujemy u dzieci. Tym samym badanie nie przynosi informacji, jakie jest ryzyko zachorowania w przyszłości, tylko ma na celu sprawdzenie, dlaczego pacjent w danym momencie choruje. Mamy pod opieką bardzo dużo dzieci ze szpitali w całej Polsce, głównie z Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. To jest bardzo ważna gałąź diagnostyki, bowiem nasi mali pacjenci wymagają szybkiej diagnozy i natychmiastowego rozpoczęcia rehabilitacji i leczenia. Dla rodziców chorego dziecka istotna jest także informacja, jakie jest ryzyko zachorowania ich kolejnego dziecka, a określenie tego ryzyka nie jest możliwe bez określenia genetycznego podłoża choroby.

Jak już wspomniałam, we wszystkich naszych badaniach wykorzystujemy metodę sekwencjonowania genomowego, dzięki której badamy dowolną liczbę genów i możemy je badać w całości. Jest to szczególnie ważne w przypadku diagnozowania chorób genetycznych u dzieci. Wcześniej – ze względu na poszukiwanie uszkodzenia genu punkt po punkcie i ograniczenia refundacyjne – mogło ono trwać nawet kilkanaście lat. W przypadku stosowanej przez nas metody po maksymalnie 10 tygodniach uzyskujemy wynik wskazujący, jakie uszkodzenia znajdują się w zbadanych genach. Nasza metoda znacząco usprawniła działanie wielu poradni genetycznych w Polsce. Zdarza się, że rodziny same się do nas zgłaszają i same płacą za badania, ale dosyć często udaje się je finansować w ramach opieki szpitalnej. Poza tym dla wielu poradni, z którymi od lat współpracujemy, wykonujemy takie badania zupełnie za darmo.

Trzecia grupa naszych badań jest skierowana do pacjentów, którzy już zachorowali na raka. Od wielu lat w onkologii rozwija się sposób leczenia, który nazwano terapią celowaną. Chociaż jeszcze nie umiemy naprawiać genów, to opracowano już wiele leków działających bezpośrednio na uszkodzenie genu, które doprowadziło do powstania choroby. Aby to wytłumaczyć, trzeba wyjść od tego, czym jest nowotwór. To jest komórka naszego ciała, która nagle zaczyna się zbyt szybko dzielić, a dzieje się tak, ponieważ jakiś gen w tej komórce uległ uszkodzeniu i rozregulował wszystkie mechanizmy kontroli. To nie jest uszkodzenie w całym organizmie – znajduje się wyłącznie w komórkach nowotworowych, które dzięki jego obecności uciekają spod nadzoru pozostałych części naszego organizmu. Tego typu zmiany pojawiają się w trakcie naszego życia jako efekt działania różnych uszkadzających czynników środowiskowych. Przy pewnej ich akumulacji zaczyna się rozwijać nowotwór. Istnieją określone leki, tzw. terapie celowane, które potrafią selektywnie uderzać w uszkodzone geny. Tylko żebyśmy wiedzieli, w co uderzyć, musimy umieć zbadać tkankę nowotworową i stwierdzić, co w niej uległo uszkodzeniu. Wtedy możemy zastosować konkretny lek. Coraz częściej zatem możliwe jest podejście, które pozwala uniknąć standardowej chemioterapii. Od początku leczymy pacjenta w taki sposób, żeby jego komórki nowotworowe na terapię odpowiedziały, a równocześnie by owa terapia była dla niego jak najmniej obciążająca. Taki schemat leczenia jest zalecany m.in. w raku jelita grubego.

Nowoczesne badania genetyczne naprawdę zmieniają życie pacjentów i ułatwiają pracę lekarzom. W Wielkiej Brytanii w lipcu tego roku ukazał się raport „Generation genome” – opracowany przez naczelnego lekarza kraju, prof. Sally Davies – który jednoznacznie wskazuje, że badanie genetyczne powinno być kluczowym elementem warunkującym opiekę nad pacjentami.

KB: Nie tylko w onkologii?

AW: W przypadku każdej choroby zanim pacjent zostanie skierowany na jakąś ścieżkę diagnostyki bądź terapii, powinno zostać odczytane to, co ma w genach. Na początku naszej działalności inicjatywa wykonania badania była najczęściej oddolna – pacjenci sami się do nas zgłaszali, nie konsultując tego ze swoim lekarzem. Mam nadzieję, że wraz ze wzrostem liczby wyników badań genetycznych zmieni się świadomość ich roli w medycynie. Nawet reakcja na paracetamol czy ibuprofen jest zapisana w naszych genach. Czy nie warto jej znać?

KB: Są też choroby, na które zupełnie nie możemy zareagować, a prawdopodobieństwo ich wystąpienia ma związek z genami, np. choroby psychiczne, neurodegeneracyjne, Alzheimer itp. Czy wykonują państwo również badania w tym kierunku?

AW: Tak, natomiast wymaga to szczególnej zgody pacjenta. Ważne jest, żebyśmy tego typu informacji nie wyczytywali z genów niejako przypadkiem. U większości pacjentów wykonujemy badania ukierunkowane na konkretne choroby i nie zaglądamy w żadne inne geny. Jeśli pacjent wprost spyta nas o obciążenie chorobą Alzheimera, to wykonamy odpowiednie badanie. Aktualne stanowisko europejskich towarzystw genetycznych jest takie, żeby nie badać osób nieletnich pod kątem chorób, które mogą wystąpić w wieku dorosłym.

KB: Pracownicy Warsaw Genomics zbadali sobie geny?

AW: Oczywiście. Byłam jedną z pierwszych osób, które zostały przebadane. Nie czułabym się upoważniona do mówienia komukolwiek, że warto wykonać badanie genetyczne, gdybym sama go nie zrobiła.

KB: Czy odkrycia genetyki rzutują jakoś na pewne podstawowe, istniejące od stuleci przekonania związane z dylematem: przypadek vs. przeznaczenie?

AW: To są chyba kwestie nierozwiązywalne i genetyka może na nie odpowiedzieć w nie większym stopniu niż pozostałe gałęzie nauki. Możemy urodzić się w rodzinie zupełnie zdrowej albo też w rodzinie, która jest obciążona chorobą. Pozostaje pytanie, czy przypadkiem, czy też przeznaczeniem jest sytuacja, że dziedziczymy daną chorobę, chociaż mieliśmy na to jedynie 50 proc. szans. Nie znam odpowiedzi. Jestem raczej zwolenniczką wiary w losowość zdarzeń, choć bywa ona bardzo, bardzo okrutna. Nie mam wątpliwości, że rodzimy się z pewnym zasobem możliwości i ograniczeń, które są od samego początku zapisane w naszych genach i w ogromnym stopniu determinują nasze życie. Nasze geny są zbudowane z ponad 3 mld „cegiełek”, a ich układ sprawia, że jesteśmy tacy, a nie inni. Uszkodzenie jednej z nich wystarczy, by spowodować ciężką chorobę. Ktoś kiedyś wyliczył, że szansa urodzenia się z konkretnym układem genetycznym wynosi 1 do 10^480000. To przypadek czy przeznaczenie?


Anna Wójcicka 

doktor habilitowana nauk medycznych, laureatka konkursu Very Important Polish Innovator (organizowanego przez Fundację „Teraz Polska”), stypendium ministra nauki i szkolnictwa wyższego dla wybitnych młodych naukowców oraz licznych nagród ministra zdrowia i międzynarodowych towarzystw naukowych. Odbyła staże badawcze na Wydziale Genetyki Medycznej Vrije Universiteit w Amsterdamie, w Laboratorium Endokrynologii Molekularnej Imperial College w Londynie oraz w Comprehensive Cancer Center na Uniwersytecie Stanowym Ohio. Jest pracownikiem Uniwersytetu Warszawskiego i Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Współzałożycielka firmy Warsaw Genomics – startupu Uniwersytetu Warszawskiego, który wprowadza nowoczesne badania diagnostyczne do polskiej medycyny. Firma została nagrodzona w VII edycji konkursu Innowator Mazowsza (I miejsce), a w konkursie Central European Startup Awards zdobyła tytuł najlepszego polskiego startupu biotechnologicznego.

 

Czytaj także