Człowiek jest tyle wart, ile komuś pomógł

Fot. Marek Kowalski
Fot. Marek Kowalski

O dwóch powołaniach, czyli aktorstwie i działalności na rzecz osób niepełnosprawnych, z Anną Dymną rozmawia Kamil Broszko.

Kamil Broszko: Dlaczego pomaga pani osobom niepełnosprawnym?

Anna Dymna: Od najmłodszych lat mam takie przekonanie, że gdy ktoś się przewróci, trzeba go podnieść, a gdy ktoś jest głodny – nakarmić. Moja mama zawsze powtarzała, że człowiek jest dobry. Jeżeli robi coś złego, to z powodu niewiedzy, choroby albo braku wzorców. Od dzieciństwa pojmowałam pomaganie nie jako bohaterstwo, lecz odruch. Pytałam moich koleżanek z innych fundacji, Małgosi Chmielewskiej i Janinki Ochojskiej, co mam odpowiadać na pytania, dlaczego pomagam. Małgosia ma dobrze, bo jest zakonnicą i może zwalić wszystko na Boga – powiedzieć, że ją natchnął. Janeczka sama chodzi o kulach i zawsze mówi, że skoro doświadczyła pomocy, to oddaje ją innym. A co ja mam powiedzieć? Janeczka poradziła mi, aby na pytanie: „Dlaczego pani to robi?”, odpowiadać: „Bo pan tego nie robi”.

KB: Gotowość do pomagania innym nie zawsze przekłada się na otwartość wobec odmienności. Panią do pracy z osobami niepełnosprawnymi zainspirowała wcześniejsza praca z rolą?

AD: Aktorstwo to piękny zawód. Polega na spotkaniu z ludźmi. Może się wydawać atrakcyjny, bo zapewnia popularność, pokazywanie się na okładkach w pięknych strojach, ale to wszystko jest jedynie powierzchownością. Nieprzerwanie od 1973 r. pracuję w Narodowym Starym Teatrze w Krakowie i tam miałam szczęście rozwijać się, dojrzewać, uczyć myślenia od najwybitniejszych artystów. Niektórzy z nich już odeszli, ale na szczęście moi najwięksi przyjaciele nadal są obok mnie. Aktor całe życie uczy się rozumieć drugiego człowieka. Gdy zabieram się za rolę, to nie zastanawiam się, jak mnie umalują i jak wdzięcznie powinnam poruszać się na scenie, ale staram się zrozumieć, dlaczego kobieta, którą gram, jest szczęśliwa, nieszczęśliwa, dlaczego morduje, dlaczego tak czy inaczej się zachowuje. Nie potępiam jej, nie odwracam się od niej, ale staram się ją w pewnym sensie pokochać. Żeby zagrać uczciwie, trzeba dać z siebie wszystko. I to każdego wieczoru w teatrze. Tak byłam uczona przez Swinarskiego, Jarockiego, Wajdę, przez Lidię Zamkow – największych mistrzów polskiego teatru.

Pewnego dnia w 1999 r. znalazłam się twarzą w twarz z ludźmi niepełnosprawnymi intelektualnie. Od razu nawiązałam z nimi porozumienie i wszystko o nich wiedziałam, chociaż niektórzy nie potrafią mówić. Kiedy mnie zobaczyli, przytulili się do mnie, ktoś zapłakał, ktoś krzyczał. To spotkanie uświadomiło mi, jak bardzo potrzebują drugiego człowieka i że ja też mogę się im przydać. Cóż oni zawinili światu, że się tacy urodzili i nigdy nie będą inni? Mogą kiwać się przy ścianie i umierać w smutku albo mogę pomóc im się uśmiechać. I tak zrobiłam – odruchowo, bez kombinowania i kalkulowania. Zaprzyjaźniłam się z nimi i zaczęłam robić spektakle. Rzadko się zdarza w życiu taka sytuacja, że gdy gdzieś wchodzimy, wszyscy szczerze się cieszą na nasz widok. Wśród niepełnosprawnych przyjaciół odczułam bezwarunkową aprobatę, nikt mnie nie oceniał, że się starzeję, jestem gruba i gorzej wyglądam. Tam się ludzie nie oceniają, tam się ludzie potrzebują. Zawstydziłam się, bo moje życie w porównaniu z ich życiem okazało się dziwnie zakłamane i często udawane. Zaczęłam jeździć do nich po prostotę i normalność. Na świecie podobno nie ma niczego bez sensu i bez powodu, a skoro rodzą się takie osoby, to powinniśmy zrobić wszystko, żeby chociaż czasem były uśmiechnięte i szczęśliwe. Stąd bierze się moja siła, aby prowadzić fundację już tyle lat.


Na scenie Anna Dymna oraz finaliści Festiwalu Zaczarowanej Piosenki, Kraków, Rynek Główny, Fot. Marek Kowalski

 

KB: Praca w fundacji to dla pani pierwszy czy drugi etat?

AD: Jestem wolontariuszem w swojej fundacji. Nigdy nie wzięłam grosza za to, co robię. Po pierwsze dlatego, że jestem zatrudniona na etacie w teatrze, a tam spektakl to świętość i nie mogę powiedzieć, że dziś nie gram, bo mam inne zobowiązania. Wszystko, co robię, muszę dostosowywać do rytmu pracy na scenie. Po drugie, działając w fundacji, przeżywam takie sytuacje, które mnie nieraz całkowicie przerastają, i gdyby ktoś mnie zapytał, ile chcę pieniędzy, to nie potrafiłabym tego wycenić. Przykładowo muszę często stawiać czoło pytaniu: „Po co pani wydaje społeczne pieniądze na debili?”. Dlatego nie biorę za to pieniędzy. Ale dostaję w zamian coś, czego nie sposób przeliczyć w sensie materialnym.

Mam wiele zajęć i projektów, uczę studentów, organizuję Salony Poezji, pracuję w teatrze, bo muszę z czegoś żyć… Czasem mam tyle pracy, że się „przewracam”. Ale na pracę z osobami niepełnosprawnymi zawsze znajdę siłę. Całe życie jestem aktorką. Zagrałam kiedyś Basię Radziwiłłównę, Anię Pawlaczkę, Marysię Wilczurównę. I choć to było dawno, ludzie nadal te role lubią i to one pomagają mi pomagać innym. Gdy idę gdzieś prosić o pieniądze dla fundacji, to często słyszę: „Boże, jaka pani była kiedyś piękna, jak się w pani kochałem – dobra, dam pani te pieniądze”.

KB: Rozumiem, że czuła pani potrzebę serca, ale można było przecież pójść w roli wolontariuszki do ośrodka na dwie godziny w tygodniu… A tymczasem stała się pani instytucją – centrum pomocy o zasięgu ogólnopolskim.

AD: W czasach komuny obywatelom nie wolno było brać sterów w swoje ręce. Jedyną akcją dobroczynną, w której mogliśmy brać udział, było kwestowanie na cmentarzach. Wstydziłam się stać z puszką przy bramie, ale mimo to wołałam: „Na odnowę zabytków cmentarza Rakowickiego!”. I robię to już ponad 30 lat. Kiedy byłam młoda i piękna, dostawałam tysiące listów z Polski, ze Związku Radzieckiego i innych krajów, do których były sprzedawane moje filmy. Ludzie pisali w nich o swoich życiowych marzeniach. Szczególnie dziwne listy dostawałam z najdalszych republik Związku Radzieckiego po „Trędowatej”: „Ach, jaka piękna była ta pani różowa sukienka! Jak bardzo bym chciała tak żyć”. Po 1989 r. zaczęły przychodzić zupełnie inne listy, bo ludzie nie bali się już opisywać swojego życia. Wylewała się z nich fala cierpień, nędzy i rozpaczy. Pisali prawdziwie dotknięci przez los, pisali też oszuści, więc trzeba było nauczyć się je rozróżniać. Pamiętam do dziś list od samotnego ojca sześciorga dzieci, który pisał, że nie ma dla nich na buty na zimę, więc one chodzą do szkoły w jednych na zmianę, że sprzedał już wszystko, co mógł, i został mu tylko telewizor – by miał okno na świat i trochę zapomnienia. On nawet o nic nie prosił. Co gorsza, nie podał adresu zwrotnego. Dostałam też list (tym razem z adresem zwrotnym), w którym pani pisała, że potrzebuje 100 zł, aby wykupić lekarstwa, więc ja, chociaż sama zarabiałam 1700 zł, wysłałam jej te pieniądze. Zaraz otrzymałam następny list, że teraz pani potrzebuje futra dla córki, wełnianego szarego kostiumu w rozmiarze 38 i 500 zł. Z początkiem lat 90. zaczęły się mnożyć jak grzyby po deszczu różne bale charytatywne, czasem kilka odbywało się jednej soboty. Kiedy tylko mogłam, brałam w nich udział w charakterze małpy zabawiającej publiczność i zbierającej pieniądze na szczytny cel. Nie mogłam być wszędzie, więc kiedy komuś odmawiałam, obrażał się. Nieraz na takim balu podchodził do mnie pijany, poklepał, gdzie tam chciał, i wrzucał 100 zł do pudełeczka. „O Jezu – pomyślałam – tak dłużej nie może być”.

Aż pewnego dnia zostałam zaproszona przez księdza Isakowicza-Zaleskiego na przegląd teatralny w wykonaniu osób niepełnosprawnych intelektualnie do podkrakowskich Radwanowic (tam znajduje się jedna z 30 placówek pomocy niepełnosprawnym prowadzonych przez księdza Zaleskiego). Kiedy się tam pojawiłam, wszyscy się na mnie wprost rzucili. Jedni mnie przytulali, całowali, inni coś wołali, nazywali mamą. Byłam wstrząśnięta tym spotkaniem, lecz doznałam poczucia prawdziwego piękna. Zaczęłam jeździć do tego ośrodka, przyglądać się, jak terapeutki prowadzą zajęcia teatralne, a następnie postanowiłam im w tym pomóc. A ksiądz Zaleski (sprytny Ormiaszka) tylko się uśmiechał, bo zauważył, że rybka połknęła haczyk. Po roku takiej pracy dostałam od niego medal św. Alberta. Wstyd mi się zrobiło, bo zazwyczaj laureatami tego wyróżnienia są ludzie, którzy całe majątki przekazują potrzebującym, a ja ledwie rok pomagałam. Wtedy postanowiłam wystawiać przedstawienia i zorganizować pierwszą edycję festiwalu Albertiana (odbywa się do tej pory) z finałem w Teatrze im. Juliusza Słowackiego, na który zjeżdżają się ludzie niepełnosprawni z całej Polski.

Nastał rok 2003, który ustanowiono Europejskim Rokiem Osób Niepełnosprawnych. Do telewizji publicznej zaprosiła mnie Nina Terentiew i zagaiła, że ja się podobno nie boję ludzi niepełnosprawnych, a ona właśnie przygotowuje program o niepełnosprawności. Zaproponowałam audycję w formie kameralnej rozmowy. Programowi nadałam tytuł „Spotkajmy się”. Po każdej emisji dostawałam wiele listów z całej Polski, w których oferowano konkretną pomoc. Okazało się, że niezbędna jest instytucja, która przeprowadzi operacje finansowe. Nigdy nie miałam ambicji bizneswoman, żeby kierować ludźmi i rządzić. Jako aktorka lubię stać z boku i przyglądać się, choć koniec końców robię, jak chcę, na scenie i w życiu.

Fundacja im. Brata Alberta, kierowana przez ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego, prowadzi w Radwanowicach warsztaty terapii zajęciowej dla swoich podopiecznych. Są tam pracownie malarskie, rzeźbiarskie, hafciarskie, stolarskie, teatralne, garncarskie, ogrodnicze. Zajęcia te, prowadzone przez specjalistów, budzą w ludziach niepełnosprawnych ciekawość i chęć do życia, rozwijają różnorodne talenty, nadają ich życiu sens. Niestety, na mocy znowelizowanej w 2003 r. ustawy o zatrudnieniu i rehabilitacji osób niepełnosprawnych część podopiecznych księdza Zaleskiego straciła prawo do korzystania z tych warsztatów. Ksiądz Zaleski poprosił mnie o pomoc. Nie było czasu na wielkie rozmyślania, wymyśliłam nazwę i logo, a następnie pobiegłam zarejestrować fundację w sądzie. Znajoma firma udostępniła mi pokój z biurkiem i zaoferowała pomoc księgowej. Ale ważniejsze było pozyskanie pieniędzy. Zmarła właścicielka dworku w Radwanowicach (w którym ksiądz Zaleski prowadzi schronisko), więc zwolniło się po niej ponad stumetrowe mieszkanie. Ksiądz Tadeusz przekazał mi je i już w lutym 2004 r. otworzyłam warsztaty terapii artystycznej. Choć założenie fundacji nie było zaplanowane, stało się punktem zwrotnym w moim życiu. Fundacja działa już 13 lat. Otoczyłam się fachowcami: księgowymi, prawnikami, fundraiserami, bo wiem, że sami wolontariusze nie wystarczą. Dziś zatrudniam 60 pracowników. Prowadzimy przecież dwa ośrodki terapeutyczne. Gromadzę środki społeczne z 1 proc. odpisu podatkowego i traktuję je jak święte, bo są przekazane przez ludzi z własnej woli. Nie można zmarnotrawić nawet złotówki, nie można zawieść zaufania, trzeba na nie pracować od świtu do nocy. Dałam tej fundacji twarz, serce, pracę ponad siły i każdą wolną chwilę. Traktujemy podopiecznych jak nasze dzieci, za które jesteśmy odpowiedzialni do końca życia. Marzyłam, żeby stworzyć nowoczesne warsztaty terapeutyczne. Od księdza Zaleskiego moja fundacja dostała 4 ha ziemi za złotówkę, a potem uzbieraliśmy 42 mln i wybudowaliśmy piękny ośrodek „Dolina Słońca”. Z pięciu budynków codziennie korzysta około 200 podopiecznych. Księdzu przekazaliśmy za złotówkę dwa budynki na jego warsztaty, a z sali teatralnej i gimnastycznej korzystamy wspólnie. Obie fundacje prowadzą razem teatr Radwanek. Marzę, żeby uruchomić dom stałego pobytu, bo dzwonią do mnie rodzice dzieci niepełnosprawnych z całej Polski z troską: „Pani Aniu, ja nie mogę nawet umrzeć spokojnie, bo moje dziecko, które ma 50 lat, jest całkowicie niesamodzielne. Kto się nim zajmie po mojej śmierci?”.

Ostatnio odwiedziłam dzienny ośrodek terapeutyczno-wychowawczy w Wołominie dla głęboko upośledzonych dzieci do 25. roku życia. Było tam 30 podopiecznych, większych, mniejszych, z uszkodzeniami neurologicznymi, z zespołem Downa, po trepanacjach czaszki, z wodogłowiem. Tylko kilkoro poruszało się samodzielnie. Przy każdym dziecku był terapeuta, byli tego dnia też rodzice lub dziadkowie. Wszyscy patrzyli się na mnie z jakąś nadzieją i mówili: „Co my zrobimy z naszymi dziećmi, gdy skończą 25 lat? Nie poradzimy sobie sami. One potrzebują całodobowej opieki. A nie ma żadnej placówki w okolicy, która by nam pomogła”. Nie wiedziałam, co powiedzieć, bo trudno znaleźć odpowiednie słowa w takiej sytuacji. Nie wiem, co myśleć, gdy słyszę rodziców z różnych stron Polski: „Dla naszych dzieci nigdzie nie ma miejsca. System o nas zapomniał!”. W mojej fundacji od kilku lat pracuje Janusz Świtaj, który tak głośno krzyczał swego czasu, że chce mieć prawo do zaprzestania uporczywej terapii i skorzystać z niego, gdy będzie chciał umrzeć. Usłyszałam w tych słowach krzyk o życie, a nie śmierć. Pomogliśmy mu. Dziś Janusz studiuje na trzecim roku psychologii, podróżuje, właśnie wrócił z Austrii. Jest takim niezwykłym królem życia. Mimo że może poruszać jedynie ustami. Potrafi gadać godzinami do ludzi, którzy potrzebują pomocy, tak jak on kiedyś. To kawał chłopa, waży 96 kilo, a nigdy nie miał odleżyn, choć leży już kilkanaście lat. Ma bowiem świetnych rodziców, którzy opiekują się nim i pielęgnują jak prawdziwe anioły. Czują za niego, a kiedyś nawet za niego oddychali – nie miał respiratora, więc mógł oddychać jedynie podczas kołysania, więc rodzice kołysali go całą dobę, dzień po dniu. Co się z nim stanie, kiedy oni odejdą?

                 
Anna Dymna z aktorami teatru Radwanek, Fot. Marek Kowalski

 

KB: Teoria głosi, że najlepszym polem dla działań fundacji są kraje, w których trzeba wyręczać państwo. A czy zdarza się pani doświadczać życzliwości ze strony państwowych instytucji?

AD: Prowadzenie takiej fundacji jak moja to szybki kurs życia. Spotkałam dużo dobrych ludzi, ale też i dużo złego dowiedziałam się o świecie, choć wolałabym tego nie wiedzieć. Wiele lat walczyłam o ośrodek nad morzem w Lubiatowie. Wywalczyłam ziemię po wojsku rakietowym, ogłosiłam konkurs architektoniczny i rozpoczęliśmy budowę. To najpiękniejsze miejsce na świecie, pół kilometra od najpiękniejszej polskiej plaży. Po każdej zmianie władzy jestem od nowa lustrowana i ustala się, kto za mną stoi. Kiedyś usłyszałam, że „za Dymną stoją tylko debile”… Kiedy rozpoczęłam budowę pierwszego budynku i połowa robót budowlanych była za nami, otrzymałam zawiadomienie, że muszę wstrzymać prace, bo ten teren jest jedną z trzech potencjalnych lokalizacji elektrowni atomowej. Często zastanawiam się, dlaczego tak się dzieje w państwie obywatelskim. Dlaczego państwo często nie jest naszym przyjacielem? Rozumiem, że bezpieczeństwo energetyczne jest ważniejsze niż grupa kilkudziesięciu niepełnosprawnych, dlatego nie robiłam żadnej afery i nie przywiązywałam się do drzewa, ale boli mnie, kiedy podczas każdej rozmowy z władzami odczuwam nonszalancję i pogardę. Ten jeden budynek i tak skończyłam budować – od trzech lat działają w nim warsztaty terapeutyczne dla ludzi niepełnosprawnych z okolicznych gmin. Ale budowa całego ośrodka wciąż jest zawieszona, mimo że już wiadomo, iż nie będzie w tym miejscu elektrowni. Teraz znowu muszę zaprezentować projekt nowym władzom i znów słyszę, że jest ciekawy, tylko należy napisać pismo itp. Wyć mi się chce. Przecież już napisałam wszystko wiele razy, dostałam ziemię w użytkowanie, poświęciłam temu ponad 10 lat życia i 11 mln zł! I znów mam coś pisać? Jestem całkowicie apolityczna, zajmuję się sprawami ludzi słabszych, którzy są wśród nas i będą nadal, niezależnie od tego, jaka opcja polityczna będzie u władzy. Dla projektów takich fundacji jak moja najgorszy jest brak ciągłości działania.

KB: Czy pani ma nadludzką siłę?

AD: A wyglądam na silną? Na pewno jestem konsekwentna i dokładna w działaniu, o czym dowiedziałam się, pracując w fundacji. W czasach, kiedy byłam jedynie aktorką, mama często mówiła: „Oj Małgosiu, inne kobiety to mężów mają bogatych, nic nie robią, są zawsze ładnie ubrane. A ty tak zawsze dużo pracujesz. Nie wiem, czy to dobrze, że nauczyłam was pracowitości”. Użalała się nade mną, bo miałam dużo pracy w filmie i teatrze, ciągle nie było mnie w domu. Gdyby teraz widziała, jak jestem zajęta, toby się zupełnie załamała. Mama uczyła mnie gotować, robić przetwory i ja się tym zajmuję. Kiedy byłam żoną Dymnego, często słyszałam od niego, że trzeba samemu robić wszystko. Jak murowaliśmy ściany, to mówił: „Może krzywa, ale twoja”. Pracowitości nauczył też mnie mój zawód, bo robota trwa aż do osiągnięcia pożądanego rezultatu, a nie od 8 do 16. Kiedy pracuje się jednocześnie w teatrze i filmie, to nikogo w teatrze nie obchodzi, że następnego dnia rano muszę być na planie filmowym, czasem w innym miejscu Polski. Podobnie w filmie nikogo nie obchodzi, że wieczorem mam spektakl. Pracuje się, kiedy jest praca. Aktorzy są bardzo punktualni, gdyż nie mogą się spóźnić ani minuty z wejściem na scenę. Poza tym jesteśmy nauczeni dostosowywać się do formy kolegów; każdy może mieć gorszy dzień, więc trzeba pomóc partnerowi na scenie w chwilach słabości. Do tego wszystkiego prowadzę fundację. Czasem myślę, że już nie dam rady. Ale budzę się rano i cieszę się, że tak dużo jest do zrobienia. I z energią ruszam „do ataku”. Bo kocham to, co robię, i mam do tego stuprocentowe przekonanie. Wtedy siły same się pojawiają.

Odkąd pracuję w fundacji, scena jest moim azylem i czuję się przeszczęśliwa, gdy na nią wchodzę. To mój bezpieczny świat, w którym wiem, co mam powiedzieć, w którym nie odbieram przerażających SMS-ów z informacją, że zaraz ktoś popełni samobójstwo. W teatrze mam cudowną publiczność, która często mnie wprost kocha. Na scenie tak się muszę skupić na sztuce, że mój mózg i moje serce odpoczywają. Od tego cierpienia, w którym jestem czasem za głęboko zanurzona.

Mam jeszcze inne odskocznie – nauczanie studentów w szkole teatralnej czy Salony Poezji, w których, już od 14 lat, raz w tygodniu razem z moimi kolegami czytamy wiersze. Takich Salonów otworzyłam już 49… Jeżdżę czasem do nich w odwiedziny. To bezcenne chwile, kiedy można odpocząć, obcując z czystym pięknem. Jestem także w jury konkursów literackich. Pierwszy zorganizowałam z Medycyną Praktyczną pięć lat temu, jest adresowany do lekarzy i przedstawicieli zawodów medycznych. Drugi konkurs nazywa się „Słowa, dobrze, że jesteście” i prowadzi go utworzona przeze mnie Spółdzielnia Socjalna Republika Marzeń. Biorą w nim udział osoby niepełnosprawne. Czasem nadsyłają nawet 3 tys. wierszy. Pierwszą ich selekcję robię sama. Kiedy czytam poezję niepełnosprawnych intelektualnie, zachwyca mnie ich podejście i skojarzenia, choć przecież nie znają wielu słów. Oni piszą to, co myślą, nie kombinują, nie flirtują.

KB: Dotyka panią hejt?

AD: Nie mam prywatnego konta na Facebooku, bo chociaż umożliwia on utrzymywanie wielu kontaktów, są one jedynie pozorne. Sporo jest tam informacji nieprawdziwych. Za namową ludzi z mojej fundacji parę lat temu utworzyłam swój profil na Śledziku w Naszej Klasie. Pewnego dnia miałam wolne i wcześnie rano poszłam na grzyby. Przyniosłam do domu prawdziwki i rydze, a kiedy część się gotowała, a część była już przygotowana do suszenia, uruchomiłam komputer i weszłam na Śledzika. Napisałam: „Drogi przyjacielu, dziękuję ci, że brałeś udział w Walkatonie na rzecz mojej fundacji. Każdy twój krok to uśmiech mojego podopiecznego. Razem zmieniajmy świat na lepszy i piękniejszy”. Dopisałam jeszcze coś o Salonie Poezji i o zapachu grzybów w moim domu. Nie minęły dwie minuty, a pod moim wpisem o Walkatonie przeczytałam takie zdania, że nawet Kazimierz Kutz byłby nimi zażenowany. Te specjalnie napisane przeze mnie dobre słowa wzbudziły największą agresję. Bluzgi były takie, że hej! Ponad połowa wpisów przedstawiała mnie jako anioła dobroci, a reszta to prośba o pomoc, opis dramatów, problemów i porażającej samotności. Ohydne hejty stanowiły 2–3 proc., ale przebijały wszystko i wywoływały największą wrzawę. Na kilka dramatycznych listów odpowiedziałam, ale to generowało natychmiast żądanie następnej odpowiedzi. W końcu wyjaśniłam pewnej pani, że już dłużej nie mogę z nią korespondować. Wtedy dowiedziałam się, że udaję tylko dobrą, a w istocie jestem wredna.

Prawdziwie bolą mnie inne hejty. Są ludzie w naszym państwie, którzy nami rządzą i powinni być dla nas autorytetami. Ale jeżeli oni wypowiadają słowa pełne nienawiści i nie biorą za nie żadnej odpowiedzialności, to uważam, że coś jest nie tak. Programowo nie daję się wciągać w żadną polityczną walkę. To często pojedynek na polu kompleksów, nienawiści, agresji, odwetów, a ja nie umiem po takim polu chodzić ani z nikim na nim walczyć. Wolę walczyć o coś niż z kimś. Ani sztuki, ani pomocy niepełnosprawnym nie można niszczyć na użytek danej opcji politycznej. Dlatego nie chcę się włączać w żadne kampanie polityczne, nawet prowadzone przez przyjaciół, których podziwiam i cenię, bo jeśli się raz zgodzę, to już jest po mnie i po moich niepełnosprawnych. Najgorsze są brukowce, które żywią się tylko tanią sensacją i skandalem, a mogłyby tak wiele dobrego zrobić z racji swojego szerokiego dotarcia. Trudno w to uwierzyć, ale czasem dzwonią do mnie z pytaniem: „Przepraszam, czy pani ma raka? Nie, a to szkoda”. Życie nauczyło mnie nie reagować ani nie przejmować się złośliwymi uwagami. Jestem otoczona prawdziwymi tragediami ludzkimi i wprost nie wypada mi narzekać, że ktoś mnie opluwa.

KB: Czy nie jest tak, że ludzie angażują się w pomoc innym, aby sami mogli poczuć się lepiej?

AD: Ja to właśnie zawsze mówię. Pomaga się innym, ale dla siebie. Gdy zapalasz światło w jednym miejscu, to jaśniej robi się wszędzie, również tam, gdzie ty stoisz. Jan Paweł II powiedział, że człowiek nie jest wart tyle, ile posiada, lecz ile komuś pomógł. To jest największa prawda. Nawet najgorszy bandyta i morderca siedzący w wiezieniu ma potrzebę czynienia dobra, bo wtedy czuje się szczęśliwszy.

Pomagam innym dla siebie. Nie miałam wcześniej żadnego ustalonego planu, aby założyć fundację. Zrobiłam to przez przypadek, lecz akurat wtedy, kiedy mój syn jedynak wyprowadził się z domu. Jak ja bym sobie poradziła z tą pustką w sercu i wokoło mnie, gdyby nie praca w fundacji od świtu do nocy?

Prawdziwy aktor to wielki egocentryk. Za każdym razem, gdy wchodzę na scenę setny raz w tym samym przedstawieniu, nadal chcę to kolejne, 101. przedstawienie zagrać najlepiej na świecie. Jestem zorientowana na siebie, bo tego wymaga mój zawód, muszę dbać o swoją twarz, o wygląd i zdrowie. Jestem sama instrumentem, na którym gram, więc muszę się tą Dymną zajmować, gapić w lustro i malować twarz. Kiedyś bardzo dbałam o figurę, ale już mi się to nie udaje, bo los czasem płata figla. Aktorski egocentryzm wynika z najlepszych pobudek. Pomoc innym też się bierze z pobudek egocentrycznych, bo wyzwala we mnie dobrostan, a ja chcę, żeby mi było najlepiej na świecie.

KB: Jak pani odebrała pierwsze oznaki uwielbienia na początku kariery zawodowej?

AD: Teraz mam 65 lat, a pracę aktorki zaczęłam w wieku 18 lat. W ogóle nie chciałam być aktorką. Byłam okropnie wstydliwą istotą; chcąc w sklepie poprosić o kilogram cukru, pięć razy ustawiałam się w kolejce, aby zebrać się na odwagę. Chciałam być psychologiem, nawet złożyłam papiery na Uniwersytet Jagielloński, a przez przypadek (bo też chodziłam na zajęcia amatorskiego zespołu teatralnego) trafiłam do szkoły teatralnej. Niespodziewanie dostałam się na aktorstwo. Wprawdzie nadal byłam onieśmielona, ale weszłam w coś tak fascynującego, że ważniejsze rzeczy ten wstyd oddalały. Bardzo szybko stałam się też osobą publiczną, ale życie natychmiast pokazało, jaki należy mieć do tego stosunek. W „Przekroju” miała się ukazać moja pierwsza okładka, wykonana przez Wojciecha Plewińskiego. Fotografik zaczepił mnie na ulicy, myśląc, że jestem uczennicą w warkoczykach, a ja byłam studentką pierwszego roku i grałam już Isię u Lidii Zamkow w Teatrze im. Juliusza Słowackiego. Kiedy zobaczyłam z daleka swoją twarz w witrynie kiosku, serce waliło mi jak oszalałe, byłam zawstydzona, że jestem osobą publiczną i wszyscy już teraz będą mnie rozpoznawać na ulicy. Kilka dni później miałam wracać pociągiem z wytwórni filmów we Wrocławiu. Na dworcu musiałam skorzystać z toalety. Były to czasy rozmaitych niedostatków, w tym i prozaicznego braku papieru toaletowego. I oto w toalecie dworcowej spostrzegłam, że zamiast owego papieru na gwoździu wisi okładka „Przekroju” z moim zdjęciem, przedarta na cztery. Od razu nabrałam dystansu do tego, co oznacza sława. Sam zawód bardzo mi się podobał, ale już wszystko wokół niego – niekoniecznie. Gdy na planie filmowym pojawiało się tzw. świeże mięso – zgrabniutka dziewczyna o wyglądzie dziecka, co brzydkich słów nie zna – to od razu padały różne propozycje, a ja przeżywałam gehennę. Przetrwałam ten okres, bo miałam wielkie autorytety wokół siebie. Oczywiście niedościgłymi autorytetami byli moi rodzice, ale też zaprzyjaźniłam się ze starymi aktorami, którzy stanowili prawdziwą skarbnicę wiedzy, dzięki nim nie popełniłam wielu błędów. Teraz sama jestem stara, a żyjemy w czasach braku autorytetów, więc jestem szczęśliwa, kiedy młodzi ludzie mnie o coś pytają i liczą się z moim zdaniem. To taka sztafeta pokoleń i teraz nadszedł mój czas na przekazanie pałeczki. Kiedy przyszłam do Teatru Starego, byłam bardzo młoda i robiłam za takie dziecię pułku. Jestem więc w tym teatrze, lata lecą, aż tu nagle podchodzi do mnie blondyneczka i prosi: „Pani Aniu, czy może mi pani pomóc, bo nie mogę sobie poradzić z rolą?”. I ja wtedy się otrząsnęłam: „Jezu, to już nie ja jestem to malutkie dziecię”. To była Dorotka Segda, która w tym roku została rektorem Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej im. Ludwika Solskiego w Krakowie. I teraz już ona przekazuje pałeczkę w sztafecie naszego aktorskiego życia.


Anna Dymna

polska aktorka teatralna i filmowa, działaczka społeczna, założycielka i prezes Fundacji Anny Dymnej „Mimo Wszystko”. Ma w dorobku blisko 250 ról teatralnych i filmowych; pracowała z Andrzejem Wajdą, Konradem Swinarskim, Jerzym Hoffmanem, Izabellą Cywińską, Kazimierzem Kutzem, Teresą Kotlarczyk, Tadeuszem Konwickim czy Barbarą Sass.

 

 

 

Czytaj także